czwartek, 30 maja 2013

Przyszedł do mnie trudny czas. Tak źle jeszcze chyba nie było. Czas chyba już przestać żyć marzeniami o tym czego i tak nigdy nie było. Żegnaj Norwegio. Żegnaj naiwności. Czas pogodzić się z byciem samotną matką i zacząć układać sobie życie bez czekania na to, co nigdy nie nadejdzie. 

Czytam blogi innych słomianych wdów. Ich mężowie dzwonią, piszą, pytają i tworzą wspólną przyszłość jak tylko się da. Mają tyle odwagi żeby wziąć kredyt na wspólny dom tutaj, lub zabrać rodzinę do siebie. Czemu u nas tak nie jest, nie wiem. Staram się znaleźć wytłumaczenie, ale marnie mi to idzie i tylko pogrążam się w jeszcze większych pretensjach do siebie samej.

Chcę iść do psychologa po pomoc, bo nie dam sobie z tym rady. Tylko jestem już w tak czarnej dziurze, że nie mam sił do szukania miejsca, w którym mogłabym oddać Kubusia pod opiekę na czas terapii. Matka wylała mi dziś na głowę jad za ojca czas poświęcany Kubusiowi 1 lub 2 razy w tygodniu przez godzinę. Jedna siostra uważa, że mam życie mlekiem i miodem płynące, bo mam dziecko, którego ona nie ma. Druga sama tkwi w takiej czarnej dziurze od lat. Zadzwonię, pogadam z babką. To cudowna kobieta. Może będzie mogła przyjąć , mnie w Kartuzach. Nie wiem. Na razie nie chcę myśleć o niczym. A najchętniej nic nie czuć. Posiedzę na słońcu, może wypali rany.

środa, 29 maja 2013

Wiem, wiem, miałam dużo napisać. Jednak dół wciągnął mnie głęboko i jeszcze trzyma. Ale żeby nie było... napiszę dziś jak pękam z dumy :)

Minęło parę miesięcy, a moje Słoneczko zrobiło takie postępy :) Włącza bajkę i mówi "mama Spajk zobaczył, że nie ma klejnotów... ale jednego znalazł". Tak, moje kochane Dzieciątko rozumie i opowiada fabułę bajek! To coś wspaniałego! Kiedyś nie wiedziałam nawet czy daną bajkę lubi, bo nie okazywał żadnych emocji. Jak go pytałam to albo nie reagował, albo wpadał w szał. W pianinku, które tu opisywałam (aplikacja na tablet) odtwarza całą melodię z podświetlaniem klawiszy i idzie mu coraz lepiej. A wczoraj po kąpieli pokazał mi ruchy Tree Fu Toma!!!:D Razem z ruchami nóg! Został podpuszczony i nie pokazał całości, ale i tak jestem w szoku :D Idzie mu też coraz lepiej nauka mrugania jednym oczkiem. Nie zakrywa już jednego rączką, tylko zamyka i próbuje otworzyć drugie. Cienko to jeszcze idzie, ale pojawia się już szparka. No i tak bardzo się stara :) Umie już ruszać brwiami do góry. Na razie oboma naraz. Nauczył się tego próbując robić wielkie oczy ;) Nie umie jezcze ich zmarszczyć, ale widać postępy. Nie potrafi też wykonać gestu lornetki ani lunety, bo nie umie zwinąć tak rączki. Musielibyśmy uczyć się tego od podstaw. Na razie chcąc to pokazać składa dziwnie rączki, przykłada do oczu i mówi, że ma lustro. Na razie nie chcę go drażnić nauką tego, bo musieliśmy wrócić do nagród jedzeniowych przy czynnościach takich, jak ubieranie. Kubuś umie już ubierać i zdejmować majtki i spodnie. Spodnie jeszcze ćwiczymy przód i tył. Za to z motywacją i rozkojarzeniem mamy duży problem, nad którym pracujemy w pocie czoła. Nie powiem, że jest mi lekko. Nerwy mam w strzępach. Jednak strasznie się cieszę, że Dzióbek robi postępy. Dziś nie chciał zjeść swojego deserku, bo nie było drugiego dla mnie. W końcu uległ namowom pod warunkiem, że będzie mógł się ze mną podzielić :)

Muszę jeszcze dodać, że Dzióbek przeniósł się ze spaniem do swojego pokoju. Najpierw akceptował tylko spanie na podłodze. Na szczęście mam jeszcze jego poprzedni materacyk, więc nie darliśmy kotów i było biwakowanie. Potem zgodził się na spanie na swoim łóżku, ale na tym materacyku. Oczywiście najchętniej z mamą. Muszę więc zasypiać z nim, a potem się ewakuuję. Materacyk usunęłam mu w nocy i przeszło bez szaleństw. Zostawiłam mu jednak podłożoną kołdrę żeby nie zraził się tłukąc o kanty. Nadal wali główką w ścianę, ale brakło mi już materacy i poduszek, bo poszły na zabezpieczenie spadania. Zresztą sami zobaczcie jak to wygląda :/

A on i tak potrafi obudzić się na tym małym materacyku. Jak na razie mamy postęp. Kuba nie przychodzi do mnie, a dziś nawet powiedział, że spał sam. Oby tylko koszmary nie zepsuły nam tego znowu. Z usypianiem jeszcze jest tak, że muszę leżeć przy nim. Teraz jestem już na tym małym materacyku i powoli zamierzam się stamtąd również eksmitować. Wszystko małymi kroczkami.

Następne na tapecie jest uczenie sprzątania. Bo to przechodzi już wszelkie granice.

 

Ma już nowy pojemnik na swoje szpargały:

poniedziałek, 27 maja 2013

Wreszcie zrobiło się 16 stopni. W nocy 8, w południe łaskawe 14 z przeszywającym jeszcze zimnem. już miałam napisać jak patrzę z rozanieleniem na mojego synka nalewającego kaczce wodę do basenu, ale już mu się znudziło po pięciu minutach. Nagle stwierdził, że mam ja to zrobić, bo on nie umie. Rękaw ma już tak mokry, że co chwila mu wykręcam... jak tylko ten wolny elektron do mnie przyleci.

Wczoraj się przemęczył i przeekscytował odwiedzinami cioci, wujka i kuzyna. Efektem była taka histeria, jakiej dawno nie było. Nagrałam to, bo już nie wytrzymałam jak można odstawiać coś takiego z powodu zdjęcia butów w nie tym miejscu. Zawsze czuję się okropnie kiedy nagrywam go w takim stanie, ale jest to nasza jedyna broń w walce z niedowiarkami. Zresztą trzeba to pokazać, bo jak nie my, to kto nauczy świat tej różnicy pomiędzy zachowaniem neurotypowym a autystycznym.

A w nocy mało chałupy nie rozniósł, bo przyśnił mu się koszmar - dostał do ubrania skarpetki nie do pary! Co to była za rozpacz i szał. On MUSI te skarpetki zamienić i to koniecznie po ciemku i sam osobiście. Szybko chwyciłam jakieś skarpetki, a drugie podłożyłam mu na komodzie do tej zamiany. Chwała Bogu spełniły normy.

Na codzień nie mamy uciążliwych przymusów ubraniowych. No może poza ubieraniem za każdym razem nowej pary skarpetek. Ma też fioła, że muszą być cyferkowe, albo z konkretnym numerem. Choć innym razem upiera się na te w paski lub jest z siebie dumny, że ubrał te bez wzorków (znienawidzone). Problemy pojawiają się jak jest zmęczony lub będzie burza. Wtedy tak bardzo nie chce zasnąć, że wszystko musi być tak, jak sobie to wymyślił, a jak się zawiesi i nie pamięta czy zrobił to dobrze lub coś przez nieuwagę poszło nie tak, wtedy trzeba to odtworzyć od początku. Stąd szał przy wycieraniu, że musi wejść do wanny, bo się nie kąpał; histeryczne mycie rąk kiedy ja mu je umyłam, a nie miałam; zdzieranie ze siebie ubrania, które ja mu ubrałam nie po jego myśli. Wcześniej nie było to dla mnie takie logiczne, dopóki nie omawialiśmy na szkoleniu przypadków osób z zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi i fobiami. Zmienianie przez Kubę roszczeń w trakcie histerii było dla mnie mylące. Przypominało zwykłą histerię, w której dziecko nie otrzymując żądanej rzeczy, chce jeszcze więcej. Tylko poziom stresu i obiekt histerii nijak się nie zgadzały z normalnością. Teraz zaczynam to rozumieć. Najpierw wrzeszczał o założenie butów, potem o przejście przez drzwi, potem o pobyt w miejscu, z którego właśnie wrócił. Im większe zaawansowanie w lęku z powodu złego wykonania czynności, tym dalej trzeba się cofnąć odtwarzając to w celu naprawienia szkód. Będziemy nad tym pracować choć panie terapeutki nie dają tu wielkich szans na uniknięcie farmakoterapii. Sama zresztą też widzę, że mimo mojego prawidłowego oddziaływania, lęki te są rzadsze, ale coraz mocniejsze. Gdybym umiała rozwiązać problem ze snem... gdyby umiał odpoczywać, mielibyśmy połowę sukcesu.

sobota, 25 maja 2013

Mam dziś dość. Serdecznie dość. 

Może ktoś z Was zna odpowiedź dlaczego jedni mają poczucie odpowiedzialności, a inni nie. Dlaczego jedni poświęcają wszystko, a inni nie poczuwają się do niczego? Ile trzeba wygłosić jeszcze monologów, ile pobożnych życzeń, ile przyjąć ciosów i jak bardzo zatracić swoje ideały żeby powiedzieć sobie "dość"?

Bardzo źle się dziś (wczoraj) czułam. Moje ciśnienie pełzało gdzieś pod stołem. Żeby wziąć prysznic musiałam leżeć z nogami w górze. Nawet Dzióbek nie był w stanie podnieść mi ciśnienia swoimi awanturami. 

Jednak w końcu się postarał. Jak spadł z łóżka na odkurzacz, co zaskutkowało siną pręgą na żebrach, śliwą na skroni i niebywałym pytaniem "czy leje mi się krew", od razu byłam w szczytowej formie wykąpana i gotowa do wyjazdu do szpitala w razie X. 

piątek, 24 maja 2013

Nie ma to jak zasnąć późno z nosem w podręczniku, zostać obudzonym godzinę wcześniej niż zwykle i próbować otrzeźwić się najochydniejszą kawą świata. I tu pozdrowienia dla Kasi, której synek nie sypia prawie wcale. Ja już się przyzwyczaiłam do błogostanu przespanych 8 godzin, ale jak zdarzy się nam nocna akcja wiedz, że myślimy wtedy o Tobie i od razu przestajemy narzekać, bo wstyd nam w obliczu Twojej męki.

Gorąco pozdrawiam wszystkich rodziców, których dzieci nie śpią po nocach i nigdy nie czują się zmęczone. Trzymajcie się! To kiedyś minie!

czwartek, 23 maja 2013

Zanim napiszę o metodzie behawioralnej, o której warto opowiedzieć i rozwiać stereotypy, oraz o problemach mojego synka, które spędzają mi sen z powiek, chciałabym napisać o naszym życiu. Już wcześniej chciałam o tym opowiedzieć, ale temat nie jest lekki, a teraz zmusiła mnie do tego sytuacja pewnego dzielnego chłopca i panująca opinia, że pieniądze dają wszystko.

Ja wiem, że w Polsce ciężko jest wyżyć. Ciężko o pracę, a jak już się ją ma to na czarno i za grosze. Przynajmniej ja miałam takie doświadczenia. Długo szukaliśmy pracy w Polsce. Niestety kiedy nie było już na jedzenie, rachunki ani bilet żeby dojechać na rozmowę w sprawie pracy, a trafiła się okazja wyjazdu dla męża, nawet się nie zastanawialiśmy. To miało być na chwilę, żeby wyjść z długów i nie musieć już sprzedawać za bezcen swojego dobytku. Niestety skończyło się jak zwykle. Wyjście z długów trwało, lista palących potrzeb też była już długa i wymagała załatwienia. Jedyne spodnie kupione na rynku za 10zł spadały już z tyłka, trzeba było kupić buty, kurtki... Z jednego kontraktu, który trwał 3 miesiące, zrobiły się dwa. Szybko okazało się, że pensja jest mocno obcinana i w efekcie daje niewiele więcej niż dobra praca w Polsce. Tylko, że tutaj jej nie było. I tak nie było już jak jej szukać, bo będąc tam, nie da się jej szukać tu. Zresztą mąż już przekonał się na własnej skórze jak różni się ta sama praca tu i tam. Pracując tutaj wychodził o 7, a wracał o 22. Czasem nie wrócił wcale, bo zwodowali statek z nimi na pokładzie. Nie było przerw na jedzenie, odzieży roboczej ani ochronnej, narzędzi. Za to ciągłe poniżanie i straszenie zamianą na tańszy model. Z dwóch kontraktów zrobiły się trzy. Nadal wierzyliśmy, że zaraz się odkujemy. Uzbieraliśmy na ślub, bardzo skromny. 24 osoby razem z nami. Używana suknia, tani garnitur, auto siostry, własny wystrój sali, fotografował chłopak przyjaciółki, wódki poszło 1,5 litra. Tak, tam jest przecinek. Spłukaliśmy się do zera. Trzeba było zarabiać. Potem pojawiła się okazja kupienia mieszkania za 30 tysięcy. Nie mając nic własnego myśleliśmy, że złapaliśmy Pana Boga za nogi. Nie zauważaliśmy ile pieniędzy kosztował nas ten luksus. 6 lat mieszkałam w łysych cegłach bez podłóg. Spłata  własnego gniazdka trwała długo, bo gniazdko pochłaniało coraz więcej pieniędzy. Trzeba było wymienić dach, docieplić, kupić piec, postawić nowy komin. Sami kładliśmy sufity. Własnymi rękami kładliśmy watę, dźwigaliśmy płyty g-k, zacieraliśmy tynk. Wszystko najtańsze. Żadnej ekstrawagancji. Mąż każdy urlop spędzał pracowicie. Niestety co chwila musiał zmieniać firmę, bo warunki zamiast się polepszać, pogarszały się. Pośrednicy oszukiwali na wszystkim, a jak dostał się do firmy norweskiej to szybko okazywało się, że znają już polskie tricki na oszczędzanie na pracownikach. 

Ja szukałam pracy, ale bez samochodu na wsi rozbijałam się na dojazdach. Co z tego, że informatyk, 3 języki. W końcu się udało, miałam zarabiać nawet przyzwoicie. Niestety po trzech miesiącach pracy nigdy nie zobaczyłam pensji, a moje zdrowie znów podupadło. Tym razem ponownie dopadło mnie zapalenie tarczycy Hashimoto. Nie miałam siły zrobić dwóch kroków. Rzuciłam tę charytatywną pracę i przeszłam leczenie radiojodem. Wzięłam się za robienie prawa jazdy, ale się nie udało. Nikt nie powiedział, że ciśnienie będzie mi jeszcze szalało przez rok. 

Mąż miał już mocną depresję od tego cholernego jeżdżenia, ale jej nie zauważaliśmy. Ja zresztą też. Wszyscy piali ile to my mamy kasy i jak nam musi być dobrze. Ja nawet nie zauważyłam kiedy zamiast własnym życiem zajmowałam się sprawami innych. Przecież nie pracowałam, więc czemu miałam nie pomóc. Szybko stało się oczywiste, że nie mam prawa mieć nic innego do roboty. Oczywiście nie wierzyliśmy nigdy w złe intencje najbliższych, więc nadal staraliśmy się nie zauważać. Nie zauważaliśmy więc, że nasze gniazdko jest nasze tylko na papierze, bo w sprawie wydatków było nasze, ale w użytkowaniu już nie. Doskwierało nam to zarówno u moich rodziców, jak i u matki męża. Jednak poczucie obowiązku opieki nad rodzicami wygrywało.

Po 3 latach jeżdżenia za pracą do Norwegii, przyszedł kryzys z zatrudnieniem. Ja zaszłam wtedy w ciążę. Nie był to najlepszy  czas na to, ale stało się i nie żałujemy wcale. Było ciężko, bo pieniądze poszły na dach i komin, a z nadchodzącym dzieckiem trzeba było wykończyć chociaż ściany i podłogi. Znów się zadłużyliśmy. Robiłam ramki na odcisk stópki i sprzedawałam za bezcen moje obrazy. Zawsze był to jakiś grosz. W końcu się odbiliśmy, ale przygotowanie wyprawki dla dziecka kosztowało sporo zachodu zanim przyszła pierwsza wypłata. 

Mąż wyjechał w dzień po porodzie. Mógł zostać, ale kosztowałoby to 3000zł i możliwość utraty pracy. Miało być dobrze. Miałam mieć wsparcie rodziny. Niestety stało się inaczej. Dodatkowo nikt nie mógł zrozumieć, że mam teraz swoje życie i swoje sprawy. Przecież miałam tylko dziecko. A to że tak wrzeszczało i nie spało prawie wcale to już nasz problem. Nie miałam czasu na szukanie tanich ubranek, a dziecko rosło. Kubuś przyszedł na świat za wcześnie, a ja nie miałam wielu rzeczy. Nie byłam też przygotowana, że będzie tak ciężko. Lekarze na nfz nic nie robili, szukałam więc prywatnie. Niestety nikt nic nie umiał poradzić. Potem ta nieszczęsna diagnoza i dieta. Wydatki były nie małe. Szczęście w nieszczęściu, że potrafiłam poprowadzić terapię, co nie kosztowało nas więcej niż pomoce terapeutyczne i moje zdrowie.

I tak leci już 7 rok rozłąki. W międzyczasie przytłoczeni problemami, przeszliśmy kilka kryzysów. Otarliśmy się o chwilę kiedy nie ma już tego, do czego chciało się wrócić. Ja miałam swoje życie z dzieckiem, a mąż swoje kawalerskie. Po kolejnym kryzysie staramy się to wszystko jakoś połatać. Mąż dopiero teraz, od pół roku zarabia jak przystało na jeżdżącego za granicę. I teraz stoimy przed pytaniem czy zainwestować wszystkie oszczędności i ruszyć tam ryzykując fiasko? Czy przenieść się do miasta, posłać Kubusia do przedszkola, na jakie zasługuje i wreszcie żyć normalnie? Ale jakie to "normalnie" bez taty i męża. Czy ma być skazany na wygnanie? Czy ja mam być samotną matką? Czy można być rodziną 3 miesiące w roku?

Każdy medal ma dwie strony. Żadne wyjście nie jest idealne. Klepiąc biedę jest ciężko, jednak żyjąc w ciągłej rozłące też nie jest różowo. Dla swojej rodziny oddałoby się wszystkie pieniądze.

Długo mnie nie było. Zajmowałam się rodzinką, uczyłam się i wydawałam kasę. Na nic więcej nie starczało sił.

Panowie w weekend zajmowali się sobą, gdy ja się kształciłam na kursie behawioralnym, a potem miałam spędzić lajtowy wieczór u siostry. Lajtowo jednak nie było. Po sześciu godzinach wykładu, choć był fascynujący, miałam ochotę spotkać się tylko z miękkim łóżkiem. Jednak kierując się rozsądkiem wjechałam na parking podziemny pobliskiego centrum handlowego i zmusiłam się do ubraniowych zakupów. Początek był marny. Szłam przed siebie nie wiedząc w którą stronę iść i czego szukać. W końcu jednak udało się znaleźć punkt zaczepienia i poszło całkiem sprawnie. Ciężko było uświadczyć czegoś z długim rękawem, ale się udało. Wreszcie mam w czym chodzić! Znalazłam nawet bardzo wygodne buty. Poprzednie doprowadzały mnie do łez, a z ubrań dolnych miałam tylko jedne rybaczki kupione w Biedronce. Reszta ze mnie spadała bez rozpinania zamków. Do siostry dojechałam z mega-bólem głowy, ale szczęśliwa, że zakupy się udały. Zawsze się łudzę, że obkupię się jak jest mąż i nigdy się to nie udaje, bo zamiast dla siebie, szukam dla Kuby i męża, a potem nie starcza już czasu. 

I miałam farta, że się obkupiłam, bo we wtorek pojechaliśmy kupić mężowi zaledwie spodnie, a zeszło nam parę godzin. Kuba przy każdym wejściu do sklepu napotykał silne pole siłowe. Wszystko było dobrze dopóki nie próbowaliśmy wejść. Muzyka denerwowała go tak bardzo, że nie dawał się namówić nawet tam, gdzie było w miarę cicho. Wystarczyło, że zobaczył przez szybę głośniki. Zapuszczałam więc sama żurawia zobaczyć czy jest po co szargać sobie nerwy. Dopiero po przejściu pięciu sklepów znaleźliśmy spodnie dla normalnych ludzi. Udało się! Sukces! W dodatku Kuba dał się wnieść do sklepu i zająć na tyle żeby tata zmierzył i kupił dwie pary idealnie leżących bojówek. Do auta wracałam kulejąc (szkoda mi było nowych butów, więc byłam w starych), a kręgosłup daje mi właśnie do wiwatu. Jednak jest satysfakcja, że się udało wszystko pozałatwiać. Uff!

Jeszcze żeby ten kręgosłup dał mi spokój i żeby tyle kasy nie poszło to byłoby super. Mechanik kosztował nas krocie, a nie zrobił jeszcze połowy z tego, co miał. Trzeba było załatać turbinę, na inne usterki nie stykło więc czasu.

Dziś, a właściwie wczoraj, odwiozłam męża na lotnisko i znów jestem słomianą wdową aż do połowy lipca :/ Jak zwykle nie było  czasu porozmawiać, popostanawiać ani się sobą nacieszyć.

czwartek, 16 maja 2013

Zostałam zesłana.

Po przyjeździe taty, miejsce w łóżku uszczupliło się dość znacznie. Na tyle znacząco, że Kuba w nocy kręcił się i rzucał z niezadowolenia. Na pytanie czy chce iść do siebie chętnie przytaknął. Poszliśmy więc do niego, gdzie musiałam położyć się na małym materacyku przy łóżku żeby Dzióbek zechciał zasnąć. Niestety i to okazało się marnym pocieszeniem i Kuba po chwili wolał wrócić do naszego łóżka. No cóż, gdzie dwoje to para, a gdzie troje to tłum. Zostawiłam więc panów samych i poszłam spać w pięknym nowym łóżeczku, jak to Kuba sam określa choć spać w nim nie chce. No i sprawdziło się to, co podejrzewałam. Kuba nie chce spać ze mną, tylko z moim łóżkiem. Skąd ta pewność? Wcale nie protestował jak zostawiłam go w naszym łóżku i sobie poszłam.  Za czasów niemowlęcych tam stało jego łóżeczko. Może to stąd ta niechęć do spania w nowym pokoju. 

Jak wspomniałam wcześniej, srebrna strzała pojechała do mechanika. Zawieźliśmy ją razem. Najpierw jest czas, kiedy korzystniej jest takie wydarzenia przeprowadzać pod nieuwagę dziecka, a później jak raz odwrotnie. Kiedy Bąbel jest świadomy posiadania lepiej nie ryzykować niedomówień, które skończyłyby się traumą dla obu stron. Auto więc zostało oddane jawnie i świadomie. Obyło się bez żadnych problemów. Co prawda była chwila grozy gdy dziecko, pod wpływem frontu atmosferycznego, pod warsztatem postanowiło poczekać w aucie. Zmroziła matkę myśl iż będzie to chwila histeryczna, ale wystarczyło przypomnieć po co pojechaliśmy i pokusić obiecaną jazdą autobusem. Później była jeszcze druga chwila grozy, gdy pani mechanikowa przejmując kluczyki zażartowała całkiem przekonująco, że zaraz sobie tym autkiem odjedzie. Jak tylko zobaczyłam jego minę "rozpłaczę się jak tylko do mnie dotrze", od razu wołałam, że pani tylko żartuje. Na szczęście uwierzył, a pani nie brnęła dalej. 

Po przejściu 150m, które dla Kuby były dystansem nie do pokonania, na szczęście 80% trasy pokonał na swoich nóżkach, dotarliśmy do rzeczonego autobusu. Na szczęście akurat czekał. Kuba wskoczył do środka i zaraz poleciał zająć swoje miejsce nawet się za mną nie oglądając. Euforia z bycia w autobusie tryskała każdą częścią jego ciałka, zwłaszcza ustami. Nie przestawał gadać :D Starałam się mu wyjaśnić, że są przystanki i ludzie wsiadają i bla bla bla, choć zdaje mi się, że bardziej interesowały go głośniki i miękkie siedzenia. Myślałam, że swoim zwyczajem zacznie nawijać do współobecnych, jednak on zdawał się ich nie zauważać. 

W piątek razem wsiądziemy w autobus i pojedziemy odebrać naszego mechanicznego konika. Zobaczymy jak będzie tym razem. Na razie Kuba wygląda przez okno i z tęsknotą wzdycha, iż nie ma autka... ani naszego autobusu też.

 
1 , 2 , 3
Tagi