poniedziałek, 31 marca 2014
Wybaczcie mi :( No zero czasu. Nie wiem w co ręce włożyć. Za dwa tygodnie robię urodzinki Kuby. On tym razem jest ich tak bardzo świadomy, że impra się szykuje na sto fajerów. Oczywiście motyw przewodni wiatraczki, królujący kolor - róż. 20 gości, których nie ma gdzie pomieścić i jedna połowa nie gada z drugą. Miały być dwa dni imprezowania, a ja na kurs w sobotę się zapisałam. Zostaje mi więc tylko niedziela. Czy mąż dojedzie nie wiadomo. Jest już cień szansy, że tak. Składniki do tortu czekają. Tym razem poprzeczka stoi bardzo wysoko. Pierwszy raz będę robić styl angielski. Prezentem od nas będzie domek ogrodowy ze zjeżdżalnią. Co tanio, to drogo, więc dziś lecę podjąć próby wyszlifowania tej kupy drzazg. Teraz będę też stolarzem. Do tego na imprezę szykuję zaniedbane wnętrze domu. Malowanie, w miejsce kikutów z żarówkami pojawią się lampy. Tylko schodów nie uda się zrobić i spędzają mi sen z powiek. O kuchni, która miała być już dawno, nie wspominam. Poczeka. Oby tylko szwankujące palniki nie zawiodły. Ja nie jestem z tych co zastaw się, a postaw się. Tyle czasu tak mieszkam to mogę jeszcze trochę. A 30-letnie szafki świetnie znoszą najazdy rowerem :) No właśnie, tyle się dzieje, że nie mam kiedy Wam tu swoich ochów i achów wypisać. A jest nad czym piać z zachwytu :) Kuba jeździ na rowerze! Tak, nareszcie! Skatowana matka, z kolanami w drugą stronę od pedałowania nogami Kuby na czworaka, wzięła rower pod pachę do serwisu rowerowego i błagała o pomoc. No i mamy. Rower trójkołowy, przeznaczony na wiek 2-3 latka. Kierownica za mała. Ale nic to, ważne, że jedzie! Rowerek stabilny, pedały bardzo lekko chodzą i kręcą się podczas jazdy same, więc jak nogi nie pracują, to chociaż uczą się ruchu naprzemiennego. Łańcuch umieszczony pod siodełkiem jak w normalnym rowerze, więc już przygotowanie właściwej pozycji. I kijek do prowadzenia jak dziecko nie ma już siły lub ochoty. W dodatku lekki! Rower ze zdjęciami zareklamuję w osobnym poście. Teraz tylko powiem, że jest to Turbo. Mój dzieć chyba wyczuł, że mama potrzebuje czasu, bo postanowił zostawać w przedszkolu na drzemkę. I raz nawet tam zasnął! Problemem jest dostarczanie mu obiadów, ale niedługo zamówię termos i wtedy będzie spokojnie. Powoli już wszystkomogarniam. Ostatnio nawet pizzę piekłam, bo do przedszkola przyszła kucharka i piekła z dziećmi pizzerinki. Powinnam dostać medal, bo wyszła wyśmienita. Prz epis też będzie w osobnym poście. Tak, jak mnóstwo innych, które czekają na wklepanie. Czasem myślę, że powinnam jakieś warsztaty pieczenia prowadzić ;P Przedszkole szwankowało, ale dałam im czas i się postarali. W przedszkolu była psycholog obserwując dzieci. Kuba dostał godzinkę indywidualnej terapii w tygodniu. Tym razem faktycznie indywidualnej. A panie podobno idą na szkolenie ABC autyzmu. Tak się składa, że ja też tam będę, ale o tym dowiedzą się 12-tego :) Od dwóch tygodni przed domem mamy roboty ziemne. Zakładają nam kanalizację. Rozkopali całą jezdnię i wszystko jest w glinie. Ojciec uchylił mi wreszcie miejsca w ogrodzie. Niestety zaraz poszedł krok dalej i już nie mogę tam parkować. Mimo moich próśb, postanowił utwardzić teren (właściwie to teraz już całkiem nie wiem co poeta miał na myśli). Nie mogę tam wjechać i czeka nas dużo pracy żeby to wszystko naprawić i przygotować pod podjazd. Moje auto przeszkadzało im na wjeździe do garażu, więc teraz parkuję w glinie po drugiej stronie "ulicy". Wiecie jak tu jest bosko kiedy popada? W domu jeszcze awaria za awarią. Wymieniłam deskę klozetową, a czekają jeszcze popękane krany i 8-letni prysznic do wymiany. Przy brodziku wyszła pleśń, a kabina miejscami straciła kształt. A dzieć rośnie bez opamiętania! Piękną sobotę spędziliśmy na maratonie po sklepach. Jedno co dobre to, że załatwiłam co miałam. Za to w niedzielę odbiliśmy sobie spacerkiem na rowerku z moją sister, szwagiereniuniem i ich dorosłym od kilku dni synem :)
czwartek, 20 marca 2014
Aaaaaaaaa! Dziecko mi dorasta! :(((( Sprasza kumpli na imprezę urodzinową i mówi mi po fakcie. Tłumaczy jednej z koleżanek-widmo o co kaman w chodzeniu do aniołków. Jak już wyleczyłam gardło to słyszę "mama nie, ja sobie sam poczytam". Jak ma iść spać to mówi "zobacz, jest po 8 na zegarze, zostaw to, powinnaś iść już do łóżeczka". A dziś zostaje dłużej w przedszkolu. Nie no cieszę się, bo spraw na głowę zwaliło się milion i nie wiem w co ręce włożyć, ale tak smutno mi trochę :( Jestem teraz nie tylko słomianą wdową, ale i słomianą mamą. Ech jak ten czas leci... Obiecuję się odezwać, serio... ale w przyszłym tygodniu!
poniedziałek, 10 marca 2014
Tydzień z mężem był tak boski, niczym miesiąc miodowy w krainie mlekiem i miodem płynącej. Jedynie kraina nie ta, bo nasza katarem i solą fizjologiczną płynęła. Nie wyzdrowiałam, ale przynajmniej mogłam pochorować. Chwała Bogu, że mąż przyjechał, bo dziadostwo nas takie dopadło, że nie dałabym rady normalnie działać. A tu moje Kochanie robiło nam śniadanka, kolacyjki, gotowało obiadki i to nawet na zapas żebym miała jak pojedzie. Codziennie wypijałam dwa litry pysznego mężusiowego kompotu. I to robił ktoś, kto kiedyś nawet talerza po sobie nie mył. Od rana do wieczora siedział w kuchni. Wydawał leki i przygotowywał inhalacje. Jeszcze przed wyjazdem mył naczynia i psią miskę żeby mi tego nie zostawiać! Rano wręczył mi kwiaty z okazji Dnia Kobiet i wyposażył w kwiatki dziecko żeby obdarowało mnie i babcię! Ba! Po 7 latach wreszcie ubezpieczył się na życie! Nadal nie mogę otrząsnąć się z szoku. Było rewelacyjnie. Normalnie zakochałam się we własnym mężu :-D
środa, 05 marca 2014
Sekunda spokoju, tyle co trwa inhalacja. Przynajmniej wtedy nie krzyczy i nie wymusza. Jakiś naukowiec powinien zbadać skąd autiki czerpią energię. Zrobiłby na tym majątek. Kuba nadal chory, doszło zapalenie oskrzeli, ale już zdrowieje, bo od wczoraj usiłuje nas wykończyć. Zasnął przy inhalacji. Chwała Bogu, bo ja też potrzebuje odpoczynku. Dwóch niezależnych lekarzy obejrzało wyniki mojej krwawicy i orzekli bakteryjny stan zapalny. Podejrzenie mononukleozy zostało rozwiane. Kilka stówek dalej, brniemy więc w antybiotyki. W końcu co nas nie zabije, to nas wzmocni!
wtorek, 04 marca 2014
Mąż przyjechał, kursuje między mną a Kubą, gotuje, podaje lekarstwa. Nawet kompociki mi robi :) Miłość kwitnie, słupek zadowolenia z męża wzrasta :) Tym bardziej, że ja nie robię nic. Staram się nie być bezproduktywna, ale mięśnie tak bardzo mnie bolą, że najmniejszy wysiłek jest nie do ogarnięcia. Dwa dni nie mogłam dojść do wstawienia pralki. Wczoraj rozwieszałam pranie na siedząco. Dziś umyłam rano naczynia żeby mąż nie musiał robić wszystkiego i już padłam. Zrobiłam morfologię, CRP, OB i podejrzewam mononukleozę. Dziś jadę do tego stareńkiego laryngologa z wynikami, a potem z Kubą do naszej lekarki. Kubuś też mi nie domaga. Temperatura utrzymuje się u niego już kilka dni. Opada z sił tak samo, jak ja. Dziś się dowiemy czy jutro jego też nie wziąć na pobieranie krwi. Do tego jeszcze wróciły jego lęki nocne. Nie mogliśmy go z mężem dobudzić żeby uspokoić. A w nocy cały czas kursowanie. Już myślałam, że to się nie skończy, ale po 2 zapadła wreszcie cisza. Teraz idę resztką sił upiec chleb i doprowadzić się do wyjścia.
sobota, 01 marca 2014

Powinnam spać, ale moje gardło spędza mi sen z powiek. 

Kubuś wczodaj w nocy miał już 38. Dzisiaj byłam z nim u lekarki. Pocieszyła mnie mówiąc, że nie zaraził się ode mnie. Chory nie był więc Biedaczek na balu :( Zaproponowałam mu jednak, że może być motylkiem na swoich urodzinkach i chętnie na to przystał. Musiałam mu tylko przypomnieć, że to jeszcze nie dziś.

Ja mam się nijak. Dziś wreszcie temperatura odpuściła i mam tylko stan podgorączkowy. Ostatnie dwa dni nie mogłam podnieść się z łóżka. Ból gardła zelżał na tyle, że dałam radę zjeść kromeczkę chleba, rozdrobnionego łososia i zupę. Nadal ze łzami w oczach, ale przynajmniej coś udało się zjeść. Wczoraj nie dawałam rady nawet pić. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, tuż przed chorobą, nagotowałam dwa gary zupy - pomidorowej i barszczyku. Miało być w zamrażarce w razie choroby. Chyba opatrzność jakaś. Chociaż pustą pomidorową mogłam pochlipać. Po paru łyżkach chlipałam z bólu, ale zawsze coś do tego brzucha trafiało poza pigułami. Wczoraj nie mogłam już mówić. Co 4 godziny p/bólowe żebym dała radę przełknąć czasem ślinę. Nie wiedziałam juź czy padnę z powodu infekcji, odwodnienia czy wypruje mi wreszcie bebechy. 

Gardłowe sprawy leczy się antybiotykami B-laktamowymi, których ja nie mogę. Dostałam więc Zinnat, którego nie mogę. Zamieniła mi lekarka na Cipropol, którego nie powinnam. Niestety gardło wygląda coraz gorzej. Pojechałam więc do laryngologa, takiego lekarza starej daty. Zrobił mi wywiad niemal od pieluszek, wszystkich moich lekarzy wysłałby "do kryminału", zachęcał do gastroskopii chwaląc się iż sam miał ją trzykrotnie, no i koniecznie chciał zapisać penicylinę argumentując, że najwyżej będę wymiotować. Do mnie to nie przemawiało, bo ja rozumiem zwrócić i już, ale nie haftować do białego rana po jednej dawce. Ja już za dużo przeżyłam. Dał mi w końcu różne bakteriobójcze specyfiki i mam przyjść w przyszłym tygodniu. Koniecznie chciał żebym zrobiła morfologię, OB i CRP, ale jutro sobota i cholera nie mam sił tak chorować. Dziś jeździłam od rana, a potem trzeba było nakarmić Słodziaka, umyć i wysłać do spania. Dobrze, że babcia dziś przyszła czytać mu bajki, bo byłaby jazda na dokładkę.

Jutro WRACA MÓJ MĄŻ. Przylatuje "zaopiekować się chorą żonką". To jego słowa. Wczoraj pół dnia rezerwowałam mu bilet, a jutro, znając życie, to ja po niego pojadę. Ja niestety jestem wysoce zarażająca. 

Dziadkowie zajmują się wnuczkiem bez szemrania. Zresztą nawet Kuba zauważył, że z mamą jest źle. Dziadek woził do przedszkola, brał na spacery, a nawet kąpał -żeby babcia nie musiała. Dziś babcia uniosła się honorem i znalazła swoje pole wpływów. Indoktrynuje mi dziecko gdzie tylko się da, a mnie słabo się robi kiedy widzę tę ufną małą główkę słuchającą "będą się z ciebie śmiali", "niegrzecznie jest płakać", "ty nie płaczesz, tylko się drzesz". Dzióbek dziwnie dziś na mnie zareagował. Zrobiłam groźną minę, a on tak bardzo się mnie przeraził, że aż wybuchł płaczem i błagał żebym się nie gniewała. Przytuliłam go, uspokoiłam i wytulałam zapewniając, że mamy nie musi się bać. A potem myślałam czy u dziadków coś się stało, czy to ja jestem takim potworem. Oczywiście najpierw obwinię siebie, więc zamierzam bardziej uważać co robię i więcej tulić mojego Bąbelka. Cieszę się, że teraz będzie miał tatusia. On tak za nim tęskni. Już planuje, że wskoczy mu na plecy, czego u mamy robić nie można. Z tatą nic mu nie grozi, a ja bym sobie nie darowała gdyby podczas mojej nieobecności działa się Dzióbkowi emocjonalna krzywda. Niby jest dziadek, ale zawsze był i nie reagował.

Kończę już, bo mąż będzie dopiero wieczorem. Trzymajcie kciuki za to moje gardło i żeby Kubuś szybko wyzdrowiał.

Tagi