sobota, 21 grudnia 2013

Hmm... powinnam tu pisać o przygotowaniach do świąt, o Mikołaju w przedszkolu i o ich Wigilii... ale nie napiszę. Nie mam ani czasu, ani sił. Wczoraj w nocy kursowałam przy wymiotującym mężu, o 4:30 zasnęłam żeby o 7 się zwlec i zawieźć dziecko do przedszkola. Potem obmyślanie list zakupowych i zakupy z dzieckiem u boku żeby mąż mógł pospać. W domu dalej, leki, obiad, sprzątanie, nakarmić psa, jeszcze mięso zakupione przerobić chociaż do marynaty. O 21 w oczach pękały zapałki, a dziecko za nic spać nie chciało. Skończyło się masażem i skrobaniem kuleczek (od jakiegoś czasu metlanie rożków poduszki zamienił na skrobanie moich suchych skórek na dłoniach). Udało się, dotrwałam, o 22 zasnął. A o 7:20 budzi mnie buziak i "mama wstań". I tak nie narzekam, tylko cieszę się, że to nie była 6 ani 4. Po obsłużeniu gawiedzi i wmuszeniu czegoś w siebie dopychając nospą, sprzedałam dziecko na dół i idę do boju. Mąż dochodzi do siebie na Febrisanie, a żeby nie siedział bezczynnie, dostał do ogolenia wszelakie zmechacone swetry.

Bardzo bym chciała rozesłać do wszystkich kartki z życzeniami, bo nigdy nie starcza mi na to czasu, ale nie będę się dołować, że tego nie zrobiłam i nie zrobię. Przykro mi, ale nie ma co się oszukiwać, że to jest możliwe. I tak skaczę z dumy, że pozałatwiałam wszystkie prezenty i popakowałam żeby nie siedzieć z tym po nocach jak w zeszłym roku. W tym roku postanawiam sama się rozgrzeszyć. Wiem, że jestem wiśnia, ale zamiast siedzieć na fb lub wpisywać zaległe wpisy tutaj, wolę spędzić czas z moją rodzinką. I Was też do tego namawiam. Internet bez nas nie zniknie, a wspomnień nie da się nadrobić.

Kochani moi! Życzę Wam spokojnych, radosnych i zdrowych świąt Bożego Narodzenia. Żebyście choć na chwilę uwolnili się od trosk i spojrzeli na Świat z przymrużeniem oka. Dajcie sobie znak pokoju, a siebie rozgrzeszcie z wszelkich "a powinnam... jeszcze tego nie zrobiłam... chciałabym żeby było idealnie" żebyście potem nie musieli pluć sobie w brodę, co nic na lepsze nie zmienia. Dajcie się mile zaskoczyć nie zapominając co tak naprawdę jest ważne. A ważne jest tu i teraz. Spędźcie te święta jakby jutra miało nie być. Spójrzcie przez różowe okulary, a wszystko będzie piękne ;D

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Kuba jest bardzo inteligentną bestią. Dogonił rówieśników, a nawet przegonił w wielu kwestiach. Są jednak też takie, które odkrywa jakby z innej strony. Takim przykładem jest bramka bezpieczeństwa, którą już dwulatki rozpracowują podstawiając sobie krzesło lub coś innego. Kuba ma prawie 4 i nie wpadł na to nigdy. Nawet jak bardzo chciał znaleźć się po drugiej stronie.

Wczoraj mąż poszedł do pieca, a Kuba został czekając przy bramce. Usłyszałam, że wpadł na jakiś pomysł i coś niesie. Wyglądam do przedpokoju, a ten wziął stopień i stanął na nim.

- Co robisz? -zagadnęłam.

- Chcę zaświecić światło - odpowiedział - Muszę na tym stanąć, bo nie dosięgam - wyjaśnił.

- Acha. - rzekłam i wróciłam do kuchni słysząc dźwięk pstryczka.

Robię swoje i słyszę jak tam do siebie gada. Nagle słyszę "tu trzeba założyć nogę". Myślę sobie "czyżby wreszcie skumał?" i wystawiam głowę z kuchni. Patrzę, stoi na stopniu z jedną nogą zawieszoną na bramce.

- A co ty robisz z tą nogą? - dopytuję.

- Czekam na tatę - tłumaczy.

- A noga cię nie boli? - pytam z troską.

- Nie, dlaczego? - odpowiada zaskoczony.

- Taty długo nie będzie. Będzie ci niewygodnie tak z tą nogą - tłumaczę i wracam do kuchni.

Kątem oka widzę bieg przez przedpokój do sypialni, a potem tuptuptup powrotne. Po chwili wołanie:

- A teraz?

Idę zobaczyć co wymyślił i mało nie pękam ze śmiechu na ten widok. Kuba stoi z nogą zawieszoną na bramce, a pod nią podłożoną ma poduszkę.

- Teraz będzie wygodnie - tłumaczy rozpromieniony.

Przychodzi do bramki babcia i woła:

- Kuba jesteś mi potrzebny! Zapytaj mamę czy jesteś wolny.

Słysząc to z kuchni i widząc 19 na zegarze mówię:

- Mamo, ale o tej porze?

- Tylko na chwilkę - uspokaja mnie.

- No dobra - odpowiadam i odwracam się do nadbiegającego Kuby.

A ten staje z poważną miną i mówi:

- Mama, ale ja nie jestem wolny.

- Nie jesteś? - upewniam się.

- Nie.

- No to idź powiedz to babci.

Pobiegł i słyszę:

- Babcia, ale ja nie jestem wolny. Ja się teraz bawię.

I tyle go widziała. Poszedł do siebie nie reagując na obrażone "to nie ja tracę", bo nawet jej nie słuchał.

22:55, overloaded , dialogi
Link Komentarze (2) »
piątek, 13 grudnia 2013

Nasze zupy to głównie kremy, bo staram się przemycić jak najwięcej warzyw, a Kuba rzadko kiedy zje inną. Dziś prezentuję sprawdzony przepis, który jak wszystkie nasze jest bezmleczny, bezjajeczny i bezglutenowy. Świetnie nadaje się dla wrażliwców preferujących papki jednokolorowe, jak również dla takich, co nie jedzą nic płynnego. Na takich zupach Kuba uczył się jeść mokre i płynne. Firma Astemar robi chrupki kukurydziane w postaci kulek. Wrzucałam kulki pilnując żeby się nie rozpuściły. Z początku zjadał więcej kulek niż zupy, ale z czasem szala przeważyła i pięknie je zupy. Zdarza mu się już nawet zjeść u cioci M (weganki) wielowarzywną zupę z ryżem. Kiedyś to było nieosiągalne. A oto focia, którą strzelałam na szybko, bo Dzióbek już po to sięgał :)

ZUPA BROKUŁOWA

400g różyczek brokułów

olej do smażenia

1 cebula drobno posiekana

1 por pokrojony w cienkie plasterki

1 mała drobno posiekana marchew

50g białego ryżu

850ml wody

1 liść laurowy

starta gałka muszkatołowa

4 łyżki gęstej części mleka kokosowego (nie wstrząsać i nie trzymać w lodówce)

sól, pieprz

grzanki bezglutenowe lub kulki kukurydziane

Do garnka nalać oleju do podsmażenia warzyw. Wrzucić marchew, cebulę, por i podsmażyć 15 minut. Wrzucić brokuły, wlać wodę, posolić i zagotować. Do gotującego dodać ryż, listek laurowy i gotować aż ryż będzie gotowy około 15 minut. Usunąć listek laurowy, doprawić gałką, pieprzem, solą i ostudzone zmiksować. Podawać z mlekiem kokosowym i grzankami.

Ta ilość starcza na 4 porcje, ale to nam nie styka, więc robię podwójną. 

15:19, overloaded , kulinarnie
Link Komentarze (1) »

Dziś odkryłam, że jestem rekordzistką tagów :D Wybaczcie, kiedyś zrobię z tym porządek. Wszystkiemu winne są moje luki w pamięci. Musiałabym mieć jakąś ściągę ;P

Po 3 dniach bez prądu z powodu huraganu, zamrażarka jednak nie wytrzymała. Dużo pomogły mrozy, ale po nich przyszła odwilż i trzeba było wszystko przerobić. A więc przedstawiam mój PASZTET Z KACZKI, który szybko mroziłam, bo dzieć zjadłby każdą jego ilość :)

 

PASZTET Z KACZKI

1 kaczka bądź odpowiednia ilość jej części z rosołu

500g świeżej słoniny

3 ząbki czosnku

2 cebule

włoszczyzna z rosołu

50ml brandy (warto zakupić na wieczorne ukojenie nerw)

pieprz i sól do smaku

Słoninę pokroić i wytopić na patelni na małym ogniu pod przykryciem. Cebulę i czosnek drobno pokroić. Z patelni wyjąć skwarki (przydadzą się do pierogów), a na pozostałym tłuszczu zeszklić cebulę i czosnek. Obrać mięso z rodarowaa warzywa wyłowić. Mięso, warzywa i wyłowioną z tłuszczu cebulę oraz czosnek, zmielić w maszynce trzykrotnie na najmniejszych oczkach. Do uzyskanej masy dodać pozostały tłuszcz, brandy i wymieszać. Doprawić solą i pieprzem do smaku. Przełożyć do foremek i piec w 200st (z termoobiegiem 180st) 30 (małe foremki) do 50 minut (jedna keksówka). Takich foremek jak użyłam ja, wychodzi 10 sztuk. Konsystencja pasztetu przypomina pasztetową, więc jeśli wolicie pasztet zwarty, to można darować sobie połowę słoniny. Przepis zaczerpnięty ze strony http://blogotowanie.blox.pl/2011/11/Pasztet-z-kaczki.html Ja kminku nie dawałam, bo nikt z nas go nie lubi, ale można dać dowolne preferowane przyprawy :)

Ja o smaku na razie nic Wam nie powiem. Mam taki katar, że nie czuje nic. Wszystko doprawia mąż. Dobrze, że już jest :)

10:42, overloaded , kulinarnie
Link Komentarze (1) »
niedziela, 01 grudnia 2013

Nie wiem co się dzieje, ale od jakiegoś czasu (już 4 tygodnie) zauważyłam, że Kuba niedosłyszy. Zrobił się nerwowy, nieobecny, nawet mówienie kilka razy nie działa. Zauważyłam, że stara się czytać z ruchu ust. Nie ma szansy żeby zareagował dopóki przypadkiem nie spojrzy w moim kierunku. Robiłam mu test szepcząc do uszu dwa podobne do siebie wyrazy i oblał. Z automatu powtórzył wyraz powiedziany do pierwszego ucha. A dziś była sobie taka scenka:

- Wiesz, że bardzo cię kocham Kubusiu? - zagadnęłam zapinając mu pasy w aucie.

- Nie, nie kochasz mnie. - odpowiedział zasępiony.

- A właśnie, że cię kocham - odpowiedziałam.

- Nie, nie możesz mnie kopać! - rzucił mocno już wnerwiony.

Przytuliłam go i wyjaśniłam nieporozumienie, bo był poważnie zaniepokojony moim kopaniem :(

Jutro umawiam go do laryngologa, który kiedyś uratował mi życie. Na razie kropię mu kroplami na usunięcie woskowiny, bo może to to. Musi być poważnie skoro daje sobie kropić uszy. Zauważyłam, że problemy z uszami mają większy wydźwięk. Znów jest bardzo silna nadwrażliwość słuchowa. Mycie głowy tylko poprzez namaczanie i spłukiwanie pod wodą, żeby tylko nie prysznic. Awersja do prysznica jest tak duża, że woli położyć się w wannie żeby tylko nie chlupało. Suszarki do rąk w publicznych toaletach, miksery kuchenne, szum w kaloryferach... panika. No i ciekawa rzecz, że śpi w dziwnych pozycjach. Najlepiej na siedząco lub z głową zwisającą z materaca. Coś tu jest z błędnikiem. Kolejna rzecz, która na to wskazuje to domniemywanie, że porusza się wszystko inne, kiedy to właśnie on jest w ruchu. No i niestety z jedzeniem spadamy w rankingu z 10 na 2. Jest marnie. Nie je wielu rzeczy, które już ładnie jadł. No i niestety nie pije.

Tagi