czwartek, 30 stycznia 2014

Jestem uziemiona. Wpakowaliśmy się wczoraj raniutko do auta, a tu zonk. Akumulator poszedł na spacer, zamarzło wszystko. Szczęście w nieszczęściu, auto rodziców tego samego dnia wyjechało do mechanika i mogliśmy z ojcem zepchnąć moje do garażu na jego miejsce. Akumulator nie chciał się ładować, prostownik taty za słaby, ale sąsiad mechanik i podładował. Odpalił, ale się nie ładuje i jeszcze ubywa. Sąsiad mówi - alternator. U elektryka cały plac zastawiony, u mechanika to samo, a w motoryzacyjnym akumulatory idą jak ciepłe bułki. Auto rodziców nie wiadomo kiedy będzie zrobione, a nasz najwcześniej może zagościć u elektryka w niedzielę. W poniedziałek laryngolog w Gdyni, na którego czekamy dwa miesiące. Będzie trzeba coś wykombinować.

Jak człowiek nie miał auta to przynajmniej nie wiedział co traci :P

wtorek, 28 stycznia 2014

Wczoraj Dzióbek przyszedł do mnie w nocy i nie spał do rana. O 6:30 czekaliśmy aż zadzwoni budzik. Nie marudził, pięknie się ubrał, umył ząbki i pojechaliśmy do przedszkola. Dziś Mr Hyde. Bicie, wrzaski, wymuszanie. Nie możesz powiedzieć inaczej niż "Kuba". Każde "słoneczko", "kruszynka", wywołuje szał. Kilka razy oberwałam, bo nie wykonywałam poleceń (wredna matka nieugięta). Wstałam o 6:30, Dzióbka (chociaż tutaj mogę) budziłam od 7:15. Wyszliśmy o 8:45. I to bez jedzenia śniadania, bo to ma w przedszkolu, taki rytuał. Ba! I dziś mogę powiedzieć, że to całe ubieranie i wychodzenie to lajt. Kiedyś wolałam nie wyjść, niż się z nim szarpać.

Po przeczytaniu tego http://www.interwencja.polsat.pl/Interwencja__Oficjalna_Strona_Internetowa_Programu_INTERWENCJA,5781/Archiwum,5794/News,6271/index.html#1333547 (kobieta z 4 autystycznych dzieci, której chcą je odebrać bo są "zdemoralizowane") Nie wiem, nie mam pojęcia skąd ta pani ma jeszcze siłę do walki. Podejrzewam, że właśnie ze swoich dzieci. Kuba potrafi strasznie dać mi w kość, ale wystarczy jeden uśmiech, jedno miłe zachowanie i już wiem po co jest ten cały trud. A tu nagle jakiś urzędas postanawia Ci tę siłę odebrać, zabrać to, dla czego jeszcze budzisz się rano. Tyle dzieci jest bitych, więzionych, gwałconych przez wyrodnych biologicznych katów. O tylu dzieciach słyszy się kiedy jest już za późno. A oni pastwią się nad kobietą, która tylko szuka pomocy. Moje dziecko wychodzi do przedszkola blisko 2 godziny! Co musi przechodzić ta kobieta z czwórką, nie mam pojęcia! Boże, widzisz to i nie grzmisz!?

Dziś jest 28 stycznia, dzień ostatniej rozprawy w sprawie odebrania dzieci. Módlmy się, bo tylko to pozostało.

sobota, 25 stycznia 2014
Nie, nie zwiałam całkiem :) Psiapsiółce pękał globus, a ja po 5h szkolenia nie miałam ochoty siedzieć w kinie, więc nie poszłyśmy na film. I tak jednak dwa dni bez orszaku to było coś! Na razie nie piszę, bo jest tego tyle, że nie ogarniam. Mąż wyjechał, a ja uczę się nowej metody radzenia sobie z tym wszystkim. Postanowiłam być jak miś koala -spokojnie żuć sobie listek. Na razie żuję melisę z miętą i zagryzam tabletkami na wrzody, bo bebechy nawaliły już całkiem i nie przestawały boleć. Robię co mogę żeby się nie dać.
sobota, 18 stycznia 2014
Strasznie mi się nie chciało, ale dałam sobie kopa i oto jestem na szkoleniu. Wczoraj zrobiłam jedno, dziś kolejne. Noc spędziłam u mojej psiapsióły SAMA, bez orszaku :) Dziś skaczemy do kina i na shopping :D Coś wspaniałego... :D Kiedyś mąż wziął Kubusia do teściowej i mogłam sobie odetchnąć, ale babcia wzięła sobie z podwórka drugiego, bardzo agresywnego kota i przez nasze alergie już tam nie zostajemy na noc. Dawno więc nie miałam takiej chwili sam na sam ze sobą. Już zapomniałam jak to jest. Napawam się więc chwilą, a niedługo startuję na skm do Sopotu. Moje Skarby natomiast wczoraj SAME pojechały zdjąć Kubusiowi holter ekg, a potem do ptaszkowego (Kuba wyszaleć się na placu zabaw, a mąż na hali robiąc zakupy na swój wyjazd). Po powrocie do domu zjedli obiad, zinhalowali się, wykąpali, pozażywali leki... To była muzyka dla moich uszu, usłyszeć opowiadanie męża ze szczebiotem Kubusia w tle. No dobra, komu w drogę, temu kapcie na uszy! Jutro moje Skarby mnie odbierają i pędzimy do przybytku zwanego Ikea. Na szczęście mężowi przesunął się lot z poniedziałku na środę, więc będzie okazja do nacieszenia się sobą. A w poniedziałek czeka nas alergolog-pulmunolog. Szaleństwo, ale jakie produktywne!
niedziela, 12 stycznia 2014

Hej Kochani :D Jestem padnięta, ale uśmiechnięta. Kuba siedzi chory przed bajkami. Wreszcie inhalacja zatrzymała kaszel. Pewnie załapał wirusa od taty. W salonie leży ława zakupiona wczoraj w pocie czoła i bólu pleców w Ikea, a w przedpokoju lustro, z którym lekko przeliczyłam się w rozmiarze i trzeba będzie wymienić. Na jutro mam już plany apteczno-lekarskie, a dziś czeka mnóstwo pracy w domu. Nie zapłaciłam też jeszcze za kurs, który ma odbyć się w przyszłym tygodniu i coś czuję, że będę wtedy chora. Astma uczepiła się jak rzep psiego ogona i przez ten kaszel po kolędzie wsiedliśmy w auto i łamiąc przepisy pędziliśmy do najlepszego okulisty jakiego znam (dr Lewalskiego-polecam gorąco osobom z degeneracją siatkówki). To był jedyny termin, choć trudno mówić o terminie. Doktor przyjmuje do upadłego często do 22. Tym razem miał być do 18:00 jak obiecał żonie, ale nijak nie mógł skończyć przed 20:00. Dzięki opóżnieniu udało się dojechać i zabezpieczyć laserem lewe oko. Od świtu do nocy była więc akcja animacja z finałem padnięcia na twarz, bo od rana przygotowania do nakarmienia 8 osób, potem obsługa, a na koniec jazda 120km. Byliśmy wykończeni, ale zadowoleni, że udało się dostać, zalaserować, że mąż był żeby mnie zawieźć, że dziadkowie mogli zostać z Kubusiem. Same pozytywy. Jestem więc zmęczona, ale mile zmęczona. 

Kolęda była ekspresowa, a kolędnicy nafutrowani tak, że połowy jedzenia można było nie robić. No ale kto mógł to przewidzieć? Wieczorem padłam wiedząc, że nie mam dania głównego (co podać w piątek nie mając ryby), a o 5 sprawdzałam czy wichura nie porwała z balkonu garnków z zupą. Wymyśliłam więc placki, z którymi niepotrzebnie się cackałam, bo matka, ta co księdza wozić w życiu nie zamierzała, wyskoczyła z łososiem, pierogami, ziemniakami, sałatką i czymś tam jeszcze. Było więc dań niczym w Wigilię, co pewnie zostało odebrane jako zastaw się, a postaw się. Ale nic to. Najważniejsze, że się udało, że kolęda przyjęta, mama nie pożarła żywcem księdza, i na jakiś czas mamy spokój.

A Kubuś, trochę był zmieszany jak ksiądz kazał mu całować krzyż. Jednak zrobił to posłusznie, bo całowanie w jego wykonaniu jeszcze ujdzie. Gorzej w drugą stronę. Nawet ja muszę mieć specjalne zezwolenie żeby dać mu buziaka. Kropienie wodą święconą skwitował "ale fajnie!" i nawet z nami śpiewał. Zafascynowany był dwoma ministrantami i co chwila zagadywał ich stając oko w oko i macając, co bardzo chłopców peszyło. Jednak przebywanie ze starymi prykami było tak nużące, że woleli przyjąć Kubusiowe zaproszenie do zabawy w jego pokoju. Tam zaś czekał helikopter na pilota (tak, odwdzięczymy się Mikołajowi), co już całkiem rozluźniło napięcie. 

Niestety potwierdza się to, co już od dawna przypuszczałam. Kubuś nie rozumie zasad najprostrzych zabaw i co gorsza, nie zamierza ich rozumieć. Powoduje to, że albo on rezygnuje i się odsuwa od dzieci, bo nie bawią się tak, jak trzeba (czyli on uważa), albo dzieci w końcu kapitulują. Bardzo chce przebywać z dziećmi, ale na zasadzie zabawy w dwóch różnych kątach lub bawiąc się we własną zabawę i obsadzając dzieci w rolach. Nie ważne, że dzieci nawet nie wiedzą, że on właśnie bawi się z nimi w chowanego. Przykro się na to patrzy, przykro słucha i pociesza, bo on tak bardzo chce mieć kolegów. Gotów jest oddać im wszystkie swoje zabawki żeby tylko były z nim. Przykre jest też wiedzieć, że przedszkole, które miało integrować, nie robi nic powodując izolację. Tam wciąż słyszy, że nie wolno biegać, dzieci zabierają mu zabawki, przedszkolanki wciskają lalki, których się boi, a plac zabaw ogląda tylko przez okno. Borykam się więc z myślami czy nie wziąć do pary drugiego dziecka i nie poprowadzić samej w weekendy zajęć z treningu społecznego. Przedszkole, niestety trzeba będzie zmienić. Nie mam z nimi dialogu żadnego. Nie chcą słuchać, a co dopiero współpracować. Kolejna przechowalnia.

Na razie się odmeldowuję. Idę pogłaskać szmatką mój domek. Jak już pewnie zauważyliście, wprowadzam małymi kroczkami zmiany na lepsze. Przez ostatnie niemal 4 lata nie domagałam nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Największe burze już za mną, teraz pora zadbać o siebie. Chadzam więc do Internetowej Kliniki Redukcji Stresu (http://ikrs.blox.pl) i wcielam w życie nowe spojrzenie. Wam też to polecam. Do stanu obecnego prowadziła dłuuuuuuga droga, to nie dzieje się jak za sprawą czarów, ale tam na końcu jest inna ja i zero problemów. To się wie i czuje dopiero po przejściu przemiany, a na nią potrzeba czasu, wydarzeń, łez, więc nie wymagajcie od siebie zbyt wiele, nie naciskajcie, to samo przyjdzie.

Dzień Dobry Wam Wszystkim! :D

środa, 08 stycznia 2014

... BĘDZIE!

Sąsiad przyszedł z pytaniem czy będziemy wozić księdza po kolędzie. W tym roku wypadło na sąsiadkę, która mówi, że nie może. Druga właśnie straciła męża i sama walczy z rakiem. Rodziców auto trzyma się na słowo honoru, a wyjątkowo mąż jest tak długo w domu i dysponujemy czasem. Pomyślałam - czemu nie? W tym roku auto jeszcze da radę, z salonu akurat pozbyliśmy się mebli, więc miejsca do ugoszczenia sporo. Czemu by się tego nie podjąć? Na 10 lat mieszkania obecni byliśmy chyba jedynie na 2 kolędach. Kościół odwiedzamy od wielgachnego święta. Jednak czemu nie powozić księdza po kolędzie? Ja tam nie mam nic przeciwko. Tylko za moją mamę nie ręczę. Stąd ta jazda :) No a mąż, jak to mąż. Wpadł w aspikowego nerwa. Jednak co go nie zabije to wzmocni, no nie?

niedziela, 05 stycznia 2014

Podczytuję ostatnio (na "czytam" nie ma czasu) historię Axela z książki autobiograficznej "Barwne cienie i nietoperze". I dziś zauważyłam pewne podobieństwo u Kuby. Bawiłam się z Kubą autkami usiłując wytłumaczyć mu zasadę pościgu policyjnego. Oczywiście jest to grubsza sprawa. Autka dla Kuby są same w sobie dziewczynkami, syreny mogłogy nie być, a zabawa jak zwykle według jego pomysłu. Skończyło się pobiciem dziewczynki-autka. No więc drążę temat bicia. Kuba potrafi jak Axel zbywać ludzi swoim "przepraszam?", ale matkę ma nieugiętą. No i co się dowiedziałam? Otóż Kuba lubi sprawiać żeby inni płakali, bo wtedy to jest jak różowe wiatraczki na polu. A skoro jest aż tak fajne, to nie ma co się dziwić, że nie możemy się pozbyć tego zachowania. Trzeba pomyśleć czym to zastąpić. Axel porównywał odczucia do obłoczkowego kremu.

Kubuś ma też jak Axel swoją skalę oceny. Axel oceniał rzeczy w skali do 4. Kuba ocenia tak zmęczenie, ale w skali 0-10. Z reguły zmęczenie ocenia na 2, a siły na 10. Tylko, że to raczej odnosi się do jedzenia, a nie zmęczenia, bo przed jedzeniem ma 2, a po nim 10. Zmęczony nie bywa nigdy.

Dzisiaj godz. 22:00. 

- Mama, bo ja mam tu za mało światła do czytania - tłumaczy się z pokoju, a w tle słychać pstryknięcie.

- Bo ty masz tam światła do spania - odpowiadam.

Za chwilę był z pytaniem czy już jest rano :/

Co to będzie jak nauczy się czytać? Już próbuje. Teraz ma niecałe 4 lata, a po wieczornej bajce (tak, minęła fobia książkowa, ale tylko do wybranych pozycji) pałą go nie dobijesz. Siedzi więc i czyta odtwarzając słowo w słowo wraz z intonacją.

Tagi: polecam
23:41, overloaded , rozwój
Link Komentarze (4) »

Kuba od dłuźszego już czasu ma fundowany przeze mnie głównie trening społeczny, a ten, jak zapewne wiecie, ma zastosowanie na każdym kroku. No i tak przy nauce kulturki u drzwi toalety wywiązała się rozmowa:

- [pukanie] Tata, bo ja chcę siusiu - woła Kuba i czeka według instrukcji na odzew.

- Dobrze Kubusiu, zaraz wyjdę - odpowiada tato.

- Tata, a jakie masz majteczki? - pada pytanie.

- Takie, jakie mam - pada odpowiedź.

- Czarne?

- Nie.

- Niebeskie?

- Nie.

- Ròżoooooowe!? - pyta podekscytowany jakby co najmniej sam takie miał (niespełnione marzenie)

No cóż, pozostaje ćwiczyć :)

Tagi: dialogi
22:53, overloaded , dialogi
Link Komentarze (1) »

Wczoraj, niczym assasin, zakradłam się po cichu w masce i zatłukłam choinkę. Gdyby nie moje poszanowanie do rzeczy (bo jak ja nie używam to inny może by chciał) pewnie zatłukłabym ją nie tylko w teorii. Poprzedniego wieczoru, tak już kaszlałam, że na Encortonie, Sinecodzie, Ventolinie, Zyrtecu i modląc się do Dipherganu, siedziałam jak mysz pod miotłą. Każdy najmniejszy ruch lub pełniejszy oddech, wywoływały napad kaszlu. Bardziej przypominałam chyba żabę. Poprzedniego dnia zarządziłam rodzinne powitanie naszej lekarki w nowym roku. Mąż i Kuba kontrolnie, a ja po pomoc. No i stało się coś, co nawet w najlepszych rodzinach się zdarza (;P). Lekarka orzekła, że my dwa na tle alergicznym, a mąż wirus. No i powiedziała, co wiedziała. Dobrze żeby się pan odizolował, bo pan zaraża i proszę przez kilka dni nie wychodzić z domu. Zalecenia zostały wzięte do serca tak dalece, że myślałam już dzwonić do lekarki i bić na alarm. Tajemniczy wirus odebrał mężowi władzę w nogach. W rękach nie musiał, bo jak nogi nie działają... a izolować trzeba się od rodzinki, a nie komputera. Ja z jedynie alergicznym zapaleniem oskrzeli wyrabiałam więc 200% normy plując płucami, a mąż leżał powtarzając wszem i wobec, że ŻONA ZAKAZAŁA MU SIĘ RUSZAĆ. Trzeciego dnia zrozumiałam, że on chyba mówi poważnie. Wyprowadziłam go z błędu, co poskutkowało fochem. A mówią, że to kobiety się obrażają. To moja wina, że zapomniał pani doktor powiedzieć, że to już 3 dzień choroby i właściwie jest już zdrowy?

No więc, jak już mówiłam, choinka tylko w teorii została zabita. W praktyce została zapakowana i zaniesiona przez mua do piwnicy. My z Kubą nadal jedziemy na Encortonie i czekamy z nadzieją, że to ona była wszystkiemu winna. Nie jest dobrze. Modlę się żeby to było to i problem się skończył, bo jestem wykończona. Jeszcze rodzice dolewają oliwy dopytując kiedy zrobię coś z tym kaszlem, kiedy pójdę do alergologa itd. A ja dziś zasuwałam z Kubą na zakupy, bo wszystko się pokończyło. Z przyjemnością odizolowałam się od widoku odizolowanego męża. Tylko teraz chyba pójdę na glebę się prostować. Już plecy mi poszły i kolega Ketonal wyżera mi flaki. Ojciec kusi piwniczką. Gdyby nie te tony leków i kaszel, pewnie bym się skusiła. Po 10 latach praktyk, jego winka są wyśmienite.

środa, 01 stycznia 2014

Moje święta były na luzie. Nie obyło się bez maratonu w kuchni, a potem szaleństwa porządkowego. Kilka nocek zarwanych, wykałaczki w oczach pękały. Jednak bez presji, bez wymagania od siebie cudów. Przed świętami sporządziłam listę rzeczy do zrobienia, obowiązki zostały podzielone według upodobań i chęci żeby potem nie było. I w ten sposób uniknęłam corocznego focha męża i kolejnych wrzodów. Dziecko miało dowolność przyłączenia się do działań jednego bądź drugiego rodzica. Jak nie chciało, droga była wolna. Zabawek mu nie brakuje, a jak potrzebuje pobiegać w szaleńczym tempie przez przedpokój lub obszczekać ciocię - czemu nie. Najważniejsze NO STRESS. I wszyscy żyją nadal i szczęśliwie.

Nawet teraz mam wywalone, że mąż tak bardzo zmęczył się kilkugodzinnym graniem w strzelanki, że śpi na dziecku, które spędza właśnie chwilę z tatą. Ja obiad zjadłam, dziecku dawałam o 15, nie chciał jeść, nie zmuszam. Zje z tatą. A kiedy tata mu zaoferuje to już nie moja broszka. Przecież wie, że ma dziecko. Cały czas uczymy się z mężem siebie nawzajem. On wie kiedy bez kija nie podchodź, a ja że bez listy nie wymagaj. Instrukcja obsługi mojego męża do łatwych nie należy, ale już kumam które przyciski są od jakich funkcji. Trzeba się nauczyć nie brać sobie wszystkiego na głowę, nie tłumaczyć nikogo poza sobą, po prostu robić swoje, a nie nadrabiać za innych. Bo to "nadrabianie" to nasz własny wymysł i własna wizja, której nikt inny nie widzi. A potem nie wiemy dlaczego druga osoba nie zauważa lub nie wie o co mamy żal. Mama też może mieć wolne. I tata też ma prawo mieć wolne. Każdy normalny człowiek POWINIEN mieć wolne. A ja ostatnio (hmm jakoś od roku, a może dłużej) nie domagam. Tak to jest, jak zbyt późno dochodzi się do słusznych wniosków.

 

 

 

 

 

 

 

Nasz Sylwester wyglądał następująco: o godzinie 21 dziecko oglądało filmiki o wiatraczkach, mąż telepał się z temperaturą 38, a ja po pozmywaniu po gościach i zaopiekowaniu domownikami leżałam na podłodze w pokoju dziecka czekając aż Ketonal zadziała. Przy okazji podzwoniłam z życzeniami na ile pozwolił mi kaszel. Przyczepiło się dziadostwo i nie wiem już co brać żeby nie pluć płucami. Kubie oddałam cały swój Encorton, bo w środku zimy, pogryzł go komar. Biedaczek tak kaszlał, że Encorton, Sinecod i Ventolin razem wzięte nie dawały rezultatu. Jutro znów spróbuję dostać się do lekarki po skierowanie do alergologa. Dostanie się do pediatry na NFZ to Nieosiągalne Fizycznie Zadanie.

 

 

 

 

 

 

 

 

30-tego zadzwonił kumpel męża z propozycją wizyty z rodzinką 31. Pomyślałam, czemu nie. Ludzie fajni, dzieciaki się wybawią, my pogadulimy, będzie fajnie. Sernik, co miał być tortem i tak wyszedł większy, składniki na obiad wystarczyło rozmrozić i zamienić w szaszłyki. I tak oto spędziliśmy miłego Sylwestra w dobrym towarzystwie. Kto by tam czekał z tortem do północy? Przecież czas to takie względne pojęcie :) Zrobiłam napis 2014, dzieciaki zdmuchnęły świeczki, odśpiewaliśmy Sto lat i było fajnie :) A Kuba jak to on, wyszalał się z Anią i spokojnie doczekał północy. Obejrzał fajerwerki - tu serdeczne dzięki sąsiadom za pokaz sztucznych ogni - i zasnął o 1. Już wiem jak spędzać Sylwestra w przyszłym roku. Zamiast cały dzień uspokajać wyczekujące dziecko, zwyczajnie skrzyknąć znajomych z dzieciakami, dać im się wyszaleć, samemu popić kawkę i wtedy można "balować" do rana :)

  Szampana wypiliśmy zaś dziś przy śniadaniu :) Picolo truskawkowe - najlepszy rocznik ;P

 

 

 

 

 

 

 

 

Ale zapomniałabym o Bożym Narodzeniu :) Choinka nie była dobrze zapakowana i po pobycie w piwnicy, wydzielała z siebie powalający aromat. Wietrzenie i nastawienie maszyn do pieczenia chleba w jej pobliżu uchroniły ją jednak od zdobienia salonu zza okna. Rodzinka się zebrała, mimo wcześniejszych oporów. Jedzenie każdy miał zrobić takie, jakie sam mógł jeść, więc nikt (wbrew swojej woli) nie poszedł na tym z torbami. Tymi w rękach i pod oczami. Jedni mięsni, drudzy wegańscy, inni też cudaczni. Dogodzenie wszystkim - nierealne. Z ulgą jedliśmy zupę dyniową zamiast obowiązkowego i znienawidzonego barszczu. I nikomu nic do tego, że była z kukurydzianymi chrupkami. Atmosferka była zaskakująca. Nie było kwachów, i nawet babcia powstrzymała swój jad mimo prowokacji. Siostrzeniec z aspergerem jak zwykle walnął gafę :) Ciocia K przyszła do Kuby i dała sobie pokazać zabawki, co wcześniej przychodziło jej z trudem. Prezenty mile szokowały, a rozmowy były szczere. Czyźby ta rodzina kiedyś stała się rodziną? Czas pokaże.

 

 

 

 

 

 

 

Tagi