poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Wiem, wiem, jestem gnida i samolub. Ale czasem trzeba pobyć samolubem :) 

Nie napiszę że zrobiłam sobie wolne, bo hmm jakoś nie czuję się wypoczęta. Jednak jest w miarę. Byliśmy na wakacjach, aż tydzień! Pogoda nie dopisała, ale nie ma co wybrzydzać. Mieliśmy jechać jeszcze raz teraz i jak dobrze, że nie bookowalam, bo bym sobie chyba nogę odgryzła. 

No i już muszę lecieć. Na razie to wszystko. Czasu brak notoryczny :)

czwartek, 29 maja 2014

- Mamo, żeby się pożywić to trzeba jeść taką czekoladę.

* * *

- Ale ona była staaaaara! DWANAŚCIE lat miała!

* * *

- Mamo jak ty zdechniesz i pójdziesz do aniołków...

* * *

Zobaczył mnie przy komputerze.

- Ale jak ja umyję rączki to idę do komputera. Lepiej szybko wyłącz, bo będę chciał oglądać Psi Patrol - kiwa mi palcem.

* * *

Podczas burzy.

- Kuba wyjmij mi pranie z pralki.

- Nie mogę, bo ja teraz się obawiam - odpowiada stojąc w oknie.

10:29, overloaded , dialogi
Link Komentarze (5) »

- Kurcze! 

- Co się stało?

- Leje się nam płyn z chłodnicy.

- To teraz będziesz leżeć.

- Gdzie?

- Pod samochodem.

Pod samochodem nie leżałam, bo bym nieźle zmokła :) Tam padał istny deszcz. 3 litry wyciekły ot tak. Na szczęście byłam blisko naszego mechanika i dało radę się tam doczłapać. Tak to jest jak się zbyt długo zwleka z oddaniem auta do naprawy. Tyle się teraz zebrało, że po tysiącu ogłuchłam :/

sobota, 24 maja 2014

Miałam napisać o domku ogrodowym. Mój nie jest jeszcze skończony, ale mogę już coś polecić lub odradzić. Ten domek kupiłam za 1800zł. Z farbami i innymi wyszło mi jakieś 2200zł. Gotowy pomalowany domek kosztuje 4500zł i to jest "tanio". 

Jeśli nie ma się czasu ani miejsca do pracy to polecam modułowe place zabaw np. firmy Wickey. Cena jest spora, ale dostaje się części już pomalowane, poszczególne moduły można dokupić, więc rośnie z dzieckiem, każdą deskę można wymienić jak się zepsuje. Mają też duży wybór fajnych dodatków uatrakcyjniających zabawę. 

A jak ktoś nie ma kasy, to polecam tartak. Drzewo z którego zrobiony jest domek, a to, które kupiłam w tartaku to niebo a ziemia. Facet domek zbił chyba z najgorszych odpadów. Drzewo jest tak miękkie, że rusza się pod nogami, a żywica wyciekała i wyciekała. Lepiej kupić deski samemu, zabezpieczyć, pomalować i dociąć jak się tylko chce. Wtedy małym kosztem można zrobić domek, o jakim marzy dziecko, a nie taki, jaki był. A z odpadów zrobi się donice :) Następnym razem tylko tartak. A jak nie tartak to myślę, że domki z Leroy-Merlin są tej samej jakości, a nawet tańsze. Jedyny minus to taki, że to jest potwornie dużo ciężkiej i mozolnej pracy. Dwukrotne malowanie bazą, potem szlifowanie, potem lakierobejca i znów szlifowanie, a na koniec lakierobejca i przydałby się lakier, ale na to nie ma już sił. Malować trzeba w odpowiednich warunkach, odstępy między warstwami 72h. To wszystko trzeba gdzieś składować. A dziecko nie rozumie, że to wymaga tyle czasu i chciałoby zjeżdżać JUŻ. Domek jest więc dla wytrwałych i zdesperowanych :)

Ale polecam huśtawki. Samemu można je zrobić za grosze. Jak już pisałam, drzewo kosztowało nas 100zł. Wyszlifowanie tych dwóch desek i pomalowanie to pestka w porównaniu z domkiem. Do tego kotwy po 13zł, drabinka 36zł, huśtawka 30zł, klamry po 6zł, wkręty za grosze i zaślepki po złotówce.  

Babcia poszła do toalety. Kuba tylko przechodził obok salonu. Od razu wyłączył jej TV komentując, że nie oszczędza prądu :)

* * *

Przyjechaliśmy do cioci. Kuzyn Kuby zaczął nosić okulary. Kuba zero reakcji. 

- Kuba, zmieniło się coś w Kamilu? Jest w nim coś nowego? - pytam.

Kuba uśmiecha się szelmowsko i pokazuje palcem okulary. Ja udaję, że dalej nie rozumiem i dopytuję.

- Kamil jest złodziejaszkiem. - odpowiada Kuba

* * *

- Mamo, zrób mi dziś na obiadek zupkę. Tylko postaraj się żeby była smaczna.

* * *

- Moja Droga, dasz mi wodę?

* * * 

- Taki wielgachny komar to osa.

* * *

- Mama ona miała aż STO lat! Wszyscy śpiewali "sto lat".

09:31, overloaded , dialogi
Link Komentarze (2) »

Pochwaliłam :/ Tak się cieszyłam, że Kuba już nie boi się obrazków, że da sobie założyć bluzkę z postacią z bajki... Trzeba było siedzieć cicho :/ Kto chce nowe bluzki z Dustym?

Ogromnym kolejnym sukcesem dla nas były seanse kinowe, jakie zrobiliśmy sobie w domu. Obejrzeliśmy razem Krainę Lodu (czy jak jej tam) i Kubuś oglądał aż do samego końca. Nie łaził po ścianach, nie gadał, nie wyłączył komputera "bo on już nie ogląda". A na koniec poszliśmy do ciemnej łazienki z jego wiatraczkiem solarnym świecącym kolorowo i ślizgaliśmy się w skarpetkach udając, że to lodowisko. Zmienialiśmy się tylko, bo miejsca mało, a jedno musiało trzymać wiatrak :) Kubuś nawet podśpiewywał, że ma moc :D Bałam się, że po scenie z lodowym potworem Kuba będzie miał lęki, ale o dziwo nic mu to nie zrobiło.

Idąc za ciosem mąż chciał pokazać Kubie Auta i Samoloty. Obejrzeliśmy Dusty'ego i też Kubie bardzo się podobał. Ino, że jak kupiłam mu dwa tygodnie temu bluzki z Dusty'm, gdzie kompozycja przypominała wiatraczek i Kuba bardzo się cieszył, tak wczoraj odmówił ich założenia. On tego nie założy, bo tam są bąbelki :/ Inne bluzki też zostały poddane ścisłej kontroli i nie da się przetłumaczyć, że jak ma to na sobie, to nie on to widzi, tylko inne dzieci.

A ja dopiero co mówiłam psychiatrze Kuby, że lęki mu przeszły. Za każdym razem jak się pochwalę, wszystko wraca. No i znów są lęki nocne. Wrzeszczy o jakąś pierdołę nawet we śnie. I nie podchodź utulić, bo lecą liście i kopniaki. Potrafi nawet przyjść do mnie do łóżka i mi przywalić, bo śniło mu się, że mu czegoś nie pozwoliłam. I nie da sobie przetłumaczyć, że spałam w łóżku i że to tylko sen. Niestety tak to jest z lękami nocnymi :(

Myślałam, że minęła mu już odraza do pluszowych misiów. Wczoraj był upał, a Kuby nie da się teraz zagonić do domu. Jakby mógł, sikałby pod drzewkiem żeby tylko nie wejść do domu. Nie wiem jak on znosi te temperatury. Wpadłam więc na pomysł wykąpania wszystkich pluszaków. Pomyślałam "będzie miał zajęcie, może przy okazji się trochę pochlapie, poćwiczy rączki". Rzuciłam pluszaki przez balkon, przyniosłam miednicę, mydło, nalałam wodę i wziął do kąpieli swoje pieski Skitsa i Martę. I całkiem fajnie mu to szło (pomijając ogromne problemy z czynnościami manualnymi), ino że jak miał wykąpać misie, nagle opadł z sił. Modliliśmy się nad tymi trzema misiami w miednicy chyba godzinę. W nagrodę miał pooglądać bajki, ale i to nie motywowało wystarczająco. Oj ciężko było, a jak już pokonał swoją nienawiść do misiów i wymył je w akompaniamencie ryków, pisków, wrzasków i jęczenia, mamie w nagrodę dał tak popalić, że następnym razem 10 razy pomyśli zanim zaproponuje mu zabawę, która każdemu innemu dziecku by się spodobała. 

Po wyjeździe taty, a nawet jeszcze przed, jak zwykle do domu napłynęli goście. Jeszcze poprzedniego dnia wieczorem, z lasu i zewsząd lecieli Kubusiowi przyjaciele. Było ich tyle, że chyba niezłą imprezkę mieli. Przyzwyczaiłam się już do tego.

A propos przyzwyczajenia. Psychiatra potwierdziła u Kuby zaburzenie tożsamości płciowej. Dostałam namiar na psycholog specjalizującą się w tych sprawach. Chcę oddać się pod jej opiekę żeby uniknąć błędów w wychowaniu. Chcę żeby Kuba był szczęśliwy i nie czuł się gorszy z powodu swojej odmienności. Mój siostrzeniec przeszedł dłuuuugą depresję z tego powodu, a my nic o tym nie wiedzieliśmy. Chcę żeby Kuba tego uniknął mając w nas wsparcie. No i tu dochodzę do sedna, bo jak ja odbieram to pozytywnie i reaguję zdrowo-rozsądkowo, tak przy okazji ostatnich zakupów, wyszło na jaw, że mąż ma z tym problem. Pociesza sam siebie mówiąc, że ma jeszcze z 12 lat żeby to przetrawić, ale widzę, że go to męczy.

09:06, overloaded , rozwój
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 maja 2014

Poprzedni post pisałam 6 maja. Oczywiście na raty, bo czasu i sił nie stykało. Czas leci nieubłaganie.

Prace przy domku musiały stanąć najpierw z powodu moich sił, potem z powodu pogody. Nie udało mi się jeszcze zmontować i pomalować modułu do huśtawek, choć drabinka i huśtawka czekają już od dwóch tygodni w kartonie. Drzewo, które kupiłam w tartaku (tfu tfu) jest boskie. Twarde jak beton. Minus taki, że wyszlifowanie tego to już nie jest takie proste. Domek stoi już z przytwierdzoną na amen zjeżdżalnią. Wymaga jeszcze duuuuuuużo pracy, ale już prezentuje się świetnie. Szkoda tylko, że drzewo jest tak złej jakości. A wygląda to obecnie tak:

Surowe oszlifowane wyglądało tak:

W międzyczasie byliśmy w OBI po donice na balkon. Wyszliśmy bez donic, bo za 100zł to ja zrobię kilka donic, a nie jedną. Ceny mają z kosmosu, a jakość pozostawia wiele do życzenia. Sprzedawanie pordzewiałych kotw, przegniłych i spleśniałych desek to skandal. Za to niechcący wyszliśmy z Ikea z zestawem ogrodowym dla nas i stolikiem dla Kuby. A tylko zajrzeliśmy na wyprzedaż :) Pan widząc zainteresowanie, jeszcze spuścił nam z cen na każdej jednej rzeczy i zaoszczędziliśmy 400zł. To mi się podoba :) Wiadomo, że to też trzeba zabezpieczyć żeby przetrwało naszą aurę bez szwanku. Takie już mamy niestety produkty. Ceny w górę nie poszły, za to jakość poleciała na łeb na szyję. Kiedyś sprzedaż marynarki bez podszewki była nie do pomyślenia. Teraz to jest norma. Nawet buty sprzedaje się już bez wyściółki :/

Jeśli ktoś potrzebuje torf do ogródka to polecam Leroy-Merlin. Torf kwaśny 80l za 11zł. My posialiśmy z Kubusiem kalarepkę, marchewkę, szpinak i kwiatki, głównie różowe :) Dziadek przygotował dla Kubusia w ogródku niewielkie miejsce żeby mógł sam hodować. Pewnie wiedział co się święci i chciał złagodzić cios. Babcia zaanektowała kolejną część ogrodu na swoją "szklarnię". W cudzysłowiu, bo bez szkła ani folii. Mogą tam wchodzić kury i nawet pies może biegać, tylko Kubusiowi nie wolno tam wchodzić. Babcia drze się na niego gorzej niż na bezpańskiego psa, a on nie rozumie dlaczego kury mogą, a on nie. Właśnie, kury. W odzewie na nasz plac zabaw, dziadkowie zakupili sobie kury, kurczaki i indyki. 20 kurczaków, 10 indyków, 6 kur małych i 2 duże. Tak, tak, to jest możliwe. Na 400m ogrodu (w praktyce 300, bo 100 zajmuje dom) nie mieliśmy jeszcze tylko krowy i świń. Mój ojciec ma megalomanię. Jak coś robi, to z rozmachem. Szklarnia prawie 3m wysokości. Budka na drzewo tudzież. Jak mieć inwentarz, to od razu 100sztuk. 70m piwnicy to nadal za mało. Z trudem i żalem wysupłali dla nas 2m komórkę.

A oto i szklarnia:

Czas staram się podzielić na planowanie kuchni, które jest coraz bliżej realizacji, pełnienie obowiązków wiceprezesa stowarzyszenia Świat Autyzmu, kursy, chorego psa itd. Zakupy ubraniowe robię przez internet, bo Kuba urósł jak smok, a nie ma kiedy pojechać. Oczywiście świat nie kończy się na obowiązkach :) Coraz więcej czasu przeznaczam na relaks i bycie w rodzinie. Byłam na otwarciu klubu rodziców Autyzm HELP w Redzie. Z mężem zrobiliśmy Kubusiowi niespodziankę i wzięliśmy go do prawdziwego wiatraka :) Bardzo mu się podobało, a tu fotki z wypadu:

No i NAJWAŻNIEJSZE! W przedszkolu była pani z gazety i oto, co Kuba powiedział na pytanie, za co kocha mamę :D

(Dzióbek pierwszy od lewej rzecz jasna)

Rozpłynęłam się :D Chyba nie muszę mówić, że nie ma na świecie tak dumnego pawia, jakim jestem JA :D

Niestety rozchorowałam się na dobre. Najpierw jakiś wirus zaatakował mnie i Kubusia - okropne zapalenie gardła i temperatura. Potem, żeby nie było mało, znów odezwał się mój refluks :/ Dziadostwo to niemiłosierne. Jutro czas umówić się na gastroskopię i usg brzucha. Rewelacji nie ma. Prace przy domku zawieszone.

Ale nie o tym chciałam dziś pisać. I nie o tym, że trzy dni temu pies sąsiadów wydostał się z posesji i dotkliwie pokąsał moją psę. Na szczęście dochodzi do siebie po antybiotyku i p/bólowych. A mnie aż mrozi krew w żyłach, że często Kuba pierwszy idzie do samochodu kiedy ja jeszcze zamykam drzwi od domu. Toż to husky. Bydle wielkie. Ale najbardziej się boję, że kiedyś wydostanie się pies drugiego sąsiada. Rasowy wilczur, izolowany od ludzi, trzymany cały czas na uwięzi w kojcu, nigdy nie spacerowany. Nienawidzi dzieci. O tym też nie chciałam pisać.

Pisać dziś chciałam, a noszę się z tym od dawna, o moim kochanym cudownym Synku :)

9 kwietnia miał 4-te urodzinki. Dziś byliśmy na urodzinach naszego sąsiada. Kończył 8 lat. Nie mogłam się napatrzeć jak to moje kochanie wspaniale bawi się z dziećmi, jak genialnie radzi sobie w każdej sytuacji, jak bardzo jest samodzielny... To jest nie do opisania. 

No tak, wiedziałam, że się przy tym rozkleję :) Muszę to Wam powiedzieć. Jestem tak cholernie dumna :) Taaaa, znowu beczę ;P

Nie wiem już w jakim momencie zaczęłam pisać tego bloga, czy jeszcze w tym trudnym czasie czy już po. Pewnie po, bo w tym trudnym nie miałam ani chwili nawet na sen. Nie wiem czy to tu opisywałam, czy też nie, ale teraz chcę o tym opowiedzieć. To będzie takie podsumowanie. 

Diagnozę "autyzm" usłyszeliśmy w lutym 2012 roku. Kubuś miał wtedy 22 miesiące. Właśnie udało nam się wypracować pierwsze słowa. Nadal nie reagował prawidłowo, nie podążał wzrokiem. Były pierwsze postępy, a jednak wylali nam wiadro zimnej wody na głowę uświadamiając ile pracy jeszcze przed nami. Terapia stała się naszą codziennością. Było ciężko, ponad ludzkie siły. Było tyle samo nadziei, co powątpiewań, że to się kiedyś uda. Tyle trzeba było Kubusia nauczyć, często tak banalnych rzeczy.

Pamiętam jak uczyliśmy go kiwania główką. Myślałam, że nigdy nie będzie tego robić. A dziś moje dziecko leżąc w łóżeczku potakuje mi żeby zaprzeczyć, bo mówi, że na leżąco tak jest na "nie" :)

Pamiętam jak uczył się uśmiechania. Serce pękało kiedy usiłował się uśmiechnąć. Nie miał pojęcia o co nam chodzi i poirytowany robił to w końcu przez łzy. W takich chwilach mocno wątpiłam w sens tego wszystkiego. Dziś patrzę i aż serce mi rośnie jak szczerze się uśmiecha, jak układa przy tym usteczka. Nic wymuszonego, tylko czasem zasłoni ząbki w zawstydzeniu. I to nie jest jeden uśmiech, są ich dziesiątki. Każdy inny na każdą okazję. Tak, jak repertuar minek. Zmarszczenia brwi nadal nie umie, ale stara się jak może. Marszczy nosek i robi groźne oczka. Nauczył się za to ruszania brwiami w górę i w dół. Czasem też wyjdzie mu przymrużone oczko. Potrafi też zrobić "terele morele" i lornetkę, a tyle czasu nie potrafił wystawić nawet kciuka. Dziś patrzyłam jak strzela do dzieci z karabinu kolegi i celuje zamykając jedno oczko. I to to prawidłowe, a nie odwrotnie, jak kiedyś! :)

Pamiętam jak uczyłam go siadania na krześle. Dziś sam je sobie przysuwa i siada tak, żeby kolega też się zmieścił. A wtedy... nie potrafił się nawet schylać. Klękanie, siedzenie po turecku, turlanie... każdego trzeba było uczyć. Wtedy było to jak głaskanie jeża, a dziś turlałam do mycia (taki był zmęczony ;)) najlepszego aktora świata. Te pozy, ta ekspresja godne teatru.

Pamiętam jak się wszystkiego bał. O ubraniach z bohaterami można było zapomnieć. Nic nie mogło mieć oczu, nawet zamkniętych. Teraz wybieraliśmy wieszaczki do jego domku ogrodowego. Takie kolorowe sowy. Zaproponowałam mu z otwartymi oczami i jedną z zamkniętymi, a on o dziwo wybrał te z otwartymi. Upewniałam się pytając czy na pewno nie będzie się bał, a on mi na to "oj mamo, przecież ja wiem, że one budzą się tylko w nocy". A ile to kiedyś było przez te lęki problemów. Nie szło przejść przez ulicę kiedy bał się dziur w ścianach, okien, latarni... 

 

Bloga zaczęłam pisać kiedy już zaczęło być lepiej. Dało się jakoś wysupłać na to czas. Nie sposób opisać tu ile pracy nas to kosztowało, a teraz nie chce się do tego wracać. Jedno trzeba przyznać, stał się CUD :) Miałam dziecko, które nie dawało nadziei na jakiekolwiek oznaki miłości czy przywiązania do rodziców. Drżałam, że uśmiech zawsze będzie sztuczny, a buźka zostanie poważna. Myślałam, że nie będzie umiał poradzić sobie społecznie bez scenariusza. A jednak :) Kubuś się przytula, mówi, że nas kocha. Nadal nie lubi buziaków, ale przytulaski bardzo chętnie rozdaje i przyjmuje, a jak z mężem się przytulamy, od razu biegnie na wspólne tulaski. W towarzystwie radzi sobie lepiej niż inne dzieci. Dzięki mojemu szkoleniu nie ma dla niego sytuacji trudnych, a pewność siebie powoduje, że szybko staje się duszą towarzystwa. 

06:11, overloaded , rozwój
Link Komentarze (2) »
wtorek, 29 kwietnia 2014

No i wyszlifowałam dziś wszystko. Tak, wiem, powtarzam się, ale ja na nowo szlifowałam po malowaniu teraz. Na końcu ledwo nogami powłóczyłam. Nie miałam siły już odpylić. Ale tryskam szczęściem. Mąż o 19:30 dał znać, że dziecko wykąpane i śpi :) Ja teraz wykąpana i najedzona mam czas dla siebie :) Dziś nawet udało się nam wyrwać wspólną chwilkę na małe co nieco. Mężowi jeszcze zamarzyło się obejrzenie jakiegoś filmu, ale zważywszy, że na jutro zapowiedzieli się goście, a on od godziny przygotowuje jedzonko na jutrzejszego grilla, to raczej marzenie ściętej głowy. Ostatnio tak sobie myślałam, że zyskując S jak synek, traci się inne S. S jak seks, S jak sen, S jak sprzątanie - to robota głupiego, S jak spokój - to utopia. Jednak S jak słodziak wszystko wynagradza, a jak któreś z wyżej wymienionych S się już trafi, bardziej się to docenia :)

Jutro odbieramy deski i mąż z bratem zmontują huśtawkę i piaskownicę. Tak mi się przynajmniej marzy. Ja skoro świt idę malować, bo jak ostatnio nie zdążyłam to potem śladów mi narobiły małe ubłocone butki. Teraz jest już cacy i tak ma zostać. Oby tylko zdążyło wyschnąć zanim się tam wedrą. To lepsze niż jakiś turnus za kilka tysięcy. Tańszy, a starcza na cały rok. PFRON powinien takie refundować. W końcu to terapia poprzez zabawę :)

Nie odzywam się ostatnio. Dorwałam się właśnie na 10 min (aż ryż na obiad się ugotuje :)) na fotel i opalam nogi. Od rana miałam pracować przy domkj Kubusia, ale męża nie szło z wyrka zwalić. Od 6:20 było więc "mama wysmarkaj", " mama pić", "mama podłubaj" ... Taaaak. A obudził mnie słowami "mama wstań, już jest dzień". Po czym dodał "myślę, że tatusia obudzi smak najlepszej kawy na świecie". No żesz! Choć raz obróciłby się w drugą stronę! :)

Prace moje się więc opóźniają z tak prozaicznych powodów, jak dobudzenie taty. Potem obliczenia, mierzenia, wycieczka na tartak .... ijest już prawie 14:00, a ja zamiast opalać się przy pracy, cudem wyrywam 10min na słońcu, bo Kuba chory i ktoś musiał z nim zostać. Ale co tam, będzie i tak super :) Wiedziałam, że plac zabaw będzie dobrym pomysłem, ale on był pomysłem genialnym. Zrobił furorę. Zabawy z nim nie ma końca, a ile to ćwiczeń. SI za free :) Ruszyły kontakty towarzyskie z sąsiadami. Mąż zakupił sobie grilla, do ogrodu powstaną jeszcze stół i ławy dla dorosłych. Będzie wypas! Ale teraz muszę lecieć, bo obiad gotowy i druga zmiana wróciła. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 32
Tagi