Blog > Komentarze do wpisu

Wrażliwi nie czytać

Niestety rozchorowałam się na dobre. Najpierw jakiś wirus zaatakował mnie i Kubusia - okropne zapalenie gardła i temperatura. Potem, żeby nie było mało, znów odezwał się mój refluks :/ Dziadostwo to niemiłosierne. Jutro czas umówić się na gastroskopię i usg brzucha. Rewelacji nie ma. Prace przy domku zawieszone.

Ale nie o tym chciałam dziś pisać. I nie o tym, że trzy dni temu pies sąsiadów wydostał się z posesji i dotkliwie pokąsał moją psę. Na szczęście dochodzi do siebie po antybiotyku i p/bólowych. A mnie aż mrozi krew w żyłach, że często Kuba pierwszy idzie do samochodu kiedy ja jeszcze zamykam drzwi od domu. Toż to husky. Bydle wielkie. Ale najbardziej się boję, że kiedyś wydostanie się pies drugiego sąsiada. Rasowy wilczur, izolowany od ludzi, trzymany cały czas na uwięzi w kojcu, nigdy nie spacerowany. Nienawidzi dzieci. O tym też nie chciałam pisać.

Pisać dziś chciałam, a noszę się z tym od dawna, o moim kochanym cudownym Synku :)

9 kwietnia miał 4-te urodzinki. Dziś byliśmy na urodzinach naszego sąsiada. Kończył 8 lat. Nie mogłam się napatrzeć jak to moje kochanie wspaniale bawi się z dziećmi, jak genialnie radzi sobie w każdej sytuacji, jak bardzo jest samodzielny... To jest nie do opisania. 

No tak, wiedziałam, że się przy tym rozkleję :) Muszę to Wam powiedzieć. Jestem tak cholernie dumna :) Taaaa, znowu beczę ;P

Nie wiem już w jakim momencie zaczęłam pisać tego bloga, czy jeszcze w tym trudnym czasie czy już po. Pewnie po, bo w tym trudnym nie miałam ani chwili nawet na sen. Nie wiem czy to tu opisywałam, czy też nie, ale teraz chcę o tym opowiedzieć. To będzie takie podsumowanie. 

Diagnozę "autyzm" usłyszeliśmy w lutym 2012 roku. Kubuś miał wtedy 22 miesiące. Właśnie udało nam się wypracować pierwsze słowa. Nadal nie reagował prawidłowo, nie podążał wzrokiem. Były pierwsze postępy, a jednak wylali nam wiadro zimnej wody na głowę uświadamiając ile pracy jeszcze przed nami. Terapia stała się naszą codziennością. Było ciężko, ponad ludzkie siły. Było tyle samo nadziei, co powątpiewań, że to się kiedyś uda. Tyle trzeba było Kubusia nauczyć, często tak banalnych rzeczy.

Pamiętam jak uczyliśmy go kiwania główką. Myślałam, że nigdy nie będzie tego robić. A dziś moje dziecko leżąc w łóżeczku potakuje mi żeby zaprzeczyć, bo mówi, że na leżąco tak jest na "nie" :)

Pamiętam jak uczył się uśmiechania. Serce pękało kiedy usiłował się uśmiechnąć. Nie miał pojęcia o co nam chodzi i poirytowany robił to w końcu przez łzy. W takich chwilach mocno wątpiłam w sens tego wszystkiego. Dziś patrzę i aż serce mi rośnie jak szczerze się uśmiecha, jak układa przy tym usteczka. Nic wymuszonego, tylko czasem zasłoni ząbki w zawstydzeniu. I to nie jest jeden uśmiech, są ich dziesiątki. Każdy inny na każdą okazję. Tak, jak repertuar minek. Zmarszczenia brwi nadal nie umie, ale stara się jak może. Marszczy nosek i robi groźne oczka. Nauczył się za to ruszania brwiami w górę i w dół. Czasem też wyjdzie mu przymrużone oczko. Potrafi też zrobić "terele morele" i lornetkę, a tyle czasu nie potrafił wystawić nawet kciuka. Dziś patrzyłam jak strzela do dzieci z karabinu kolegi i celuje zamykając jedno oczko. I to to prawidłowe, a nie odwrotnie, jak kiedyś! :)

Pamiętam jak uczyłam go siadania na krześle. Dziś sam je sobie przysuwa i siada tak, żeby kolega też się zmieścił. A wtedy... nie potrafił się nawet schylać. Klękanie, siedzenie po turecku, turlanie... każdego trzeba było uczyć. Wtedy było to jak głaskanie jeża, a dziś turlałam do mycia (taki był zmęczony ;)) najlepszego aktora świata. Te pozy, ta ekspresja godne teatru.

Pamiętam jak się wszystkiego bał. O ubraniach z bohaterami można było zapomnieć. Nic nie mogło mieć oczu, nawet zamkniętych. Teraz wybieraliśmy wieszaczki do jego domku ogrodowego. Takie kolorowe sowy. Zaproponowałam mu z otwartymi oczami i jedną z zamkniętymi, a on o dziwo wybrał te z otwartymi. Upewniałam się pytając czy na pewno nie będzie się bał, a on mi na to "oj mamo, przecież ja wiem, że one budzą się tylko w nocy". A ile to kiedyś było przez te lęki problemów. Nie szło przejść przez ulicę kiedy bał się dziur w ścianach, okien, latarni... 

 

Bloga zaczęłam pisać kiedy już zaczęło być lepiej. Dało się jakoś wysupłać na to czas. Nie sposób opisać tu ile pracy nas to kosztowało, a teraz nie chce się do tego wracać. Jedno trzeba przyznać, stał się CUD :) Miałam dziecko, które nie dawało nadziei na jakiekolwiek oznaki miłości czy przywiązania do rodziców. Drżałam, że uśmiech zawsze będzie sztuczny, a buźka zostanie poważna. Myślałam, że nie będzie umiał poradzić sobie społecznie bez scenariusza. A jednak :) Kubuś się przytula, mówi, że nas kocha. Nadal nie lubi buziaków, ale przytulaski bardzo chętnie rozdaje i przyjmuje, a jak z mężem się przytulamy, od razu biegnie na wspólne tulaski. W towarzystwie radzi sobie lepiej niż inne dzieci. Dzięki mojemu szkoleniu nie ma dla niego sytuacji trudnych, a pewność siebie powoduje, że szybko staje się duszą towarzystwa. 

czwartek, 22 maja 2014, overloaded

Polecane wpisy

  • No i zapeszyłam

    Pochwaliłam :/ Tak się cieszyłam, że Kuba już nie boi się obrazków, że da sobie założyć bluzkę z postacią z bajki... Trzeba było siedzieć cicho :/ Kto chce nowe

  • Szeregi i relacje

    Kuba ogląda Diego. W bajce bohater pyta: D: Jesteście tacy silni jak jaguary? K: Nie. Coś tam porobili i Diego woła: D: Teraz jesteście tacy silni jak jaguary!

  • Równie fajne jak...

    Podczytuję ostatnio (na "czytam" nie ma czasu) historię Axela z książki autobiograficznej "Barwne cienie i nietoperze". I dziś zauważyłam pewne podobieństwo u K

Komentarze
arwen11
2014/05/22 09:52:48
wzruszyłam się czytając Twój post. Wasz synek jest dzielny, długą i trudną drogę musiał przejść. ale to wszystko dla jego dobra i wszystko dzięki Wam takim cudownym rodzicom ;o) jesteś Wielka i za to Cię podziwiam ;o)
-
2014/05/22 11:40:15
Ja się tylko staram być dobrą mamą :)